9 grudnia 2017

Polityczny surrealizm

Polska scena polityczna coraz bardziej przypomina surrealizm. Od jakiegoś czasu w środowisku PIS debatowano o rekonstrukcji rządu, nawet o zmianie premiera. I w tych okolicznościach Platforma Obywatelska składa wniosek o konstruktywne wotum nieufności, narażając się na całkowitą klęskę w parlamencie. Nie odniesiono nawet efektu medialnego, albowiem media były skoncentrowane na potencjalnej zmianie premiera, którą miał dokonać PIS. Co ciekawe argumentacja opozycji wydaje się całkowicie niedorzeczna, skoro z jednej strony stwierdzają że rząd Jarosława Kaczyńskiego byłby tragiczny dla Polski, a z drugiej żądali by to Kaczyński przejął premierostwo, a nie wystawiał inne osoby.

PIS po wygranym głosowaniu dot. wotum nieufności, tego samego dnia, postanowił jednak odwołać panią premier Beatę Szydło, którą wcześniej obroniono i mimo że cieszy się sporym poparciem społecznym. Na nowego premiera wyznaczono ... wicepremiera Mateusza Morawieckiego, technokratę, wieloletniego prezesa zachodniego banku BZ WBK, byłego doradcę Donalda Tuska, który w latach 90-tych współnegocjował warunki rezygnacji z części naszej suwerenności, jaką było wstąpienie do Unii Europejskiej. Wizerunkowo to postać daleka od wyborcy prawicowego. I by było ciekawiej dotychczasowa premier Szydło ma zostać wicepremierem w rządzie swego niedawnego podwładnego.

Absurdalna okazała się przy tym reakcja na to wydarzenie ze strony opozycji okrągłostołowej (PO-Nowoczesna-PSL), która już krytykuje nowego premiera powołując się między innymi na fakt, że nie jest to kandydat odpowiadający elektoratowi PIS. Gdyby jednak otrzymali takiego kandydata dopiero wtedy byłyby krzyki i wrzaski, że .... 

Jak widać zarówno rządzący jak i opozycja totalna uznały, że dotychczasowy teatr jest zbyt nudny i czas mu nadać większego surrealizmu. Jednak dla obywateli nic z tego nie wynika

8 grudnia 2017

Nie będzie ulgi dla działaczy nielegalnych organizacji, ze względów osobistych Prezydenta Miasta Inowrocławia

Widzieliśmy już odmowy, ale takiej odpowiedzi naprawdę nie spodziewaliśmy się - stwierdza dr Daniel Alain Korona ze Stowarzyszenia Walczących o Niepodległość 1956-89. 

10 września Stowarzyszenie Walczących o Niepodległość 1956-89 zwróciło się z petycją do Prezydenta Miasta Inowrocławia o przyznanie ulgi komunikacyjnej dla osób, które świadczyły pracę w organizacjach politycznych i związkowych nielegalnych w rozumieniu przepisów do kwietnia 1989 r. i które nie wykonywały pracy w okresie przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych.

27 września Wydział Dróg i Transportu Urzędu Miasta zwrócił się o informację co do potencjalnej liczby uprawnionych. Z oszacowań wynika iż w Inowrocławiu i okolicach może być 5-6 osób, a gdyby uwzględnić także innych działaczy - kilkanaście osób.

8 grudnia Zastępca Prezydenta Miasta Inowrocławia Ewa Witkowska z upoważnienia prezydenta odpowiedziała negatywnie na petycję Stowarzyszenia. Ale uzasadnienie zwala z nóg - ze względów osobistych Prezydent Miasta Inowrocławia Ryszard Brejza nie może przychylić się do wniosku.

Żeby było ciekawiej, Ryszard Brejza we wrześniu br. otrzymał Krzyż Wolności i Solidarności - za działalność opozycyjną w latach 80-tych. Tyle, że działacze Solidarności z tamtych lat z Inowrocławia mówią wręcz o nadużyciu.

Mógł przecież się wyłączyć z rozstrzygnięcia, jeżeli uważał że jego osobisty życiorys nie pozwalał na bezstronne rozstrzygnięcie. Ale tego nie zrobił - stwierdza dr Daniel Alain Korona.

A zatem w Inowrocławiu sprawy publiczne rozstrzyga się na podstawie względów osobistych.

Zwolennicy aborcji przytaczali fałszywe liczby podpisów

Jakiś czas temu zwolennicy proaborcyjni złożyli w Sejmie swój własny projekt ustawy, w którym domagają się prawa do mordowania dzieci poczętych na życzenie oraz zakazu umieszczania treści antyaborcyjnych w promieniu 100 metrów od szpitali. Przechwalali się, że ich żądania poparło prawie pół miliona Polaków. 

Okazało się, że to ogromne kłamstwo! Kancelaria Sejmu opublikowała oficjalny dokument stwierdzając, że aborcjoniści złożyli prawie 22 tysiące kart z podpisami. Na jednej karcie jest miejsce na 10 podpisów. Oznacza to, że nie mogło ich być matematycznie więcej niż 220 tysięcy (gdyby były w całości zapełnione?). A od tej liczby trzeba jeszcze odjąć podpisy nieważne.

Jak widać dla środowisk proaborcyjnych, prawda nie ma znaczenia, ważna jest tylko propaganda Skoro skala poparcia dla zabijania dzieci poczętych nie jest tak wysoka, za pomocą kłamstw można zwiększyć liczbę swoich zwolenników. Jeżeli zaś to czynią w sprawie liczby podpisów, to z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że przytoczone przez nich liczby aborcji dokonanych nielegalnie (w tzw. podziemiu aborcyjnym) są nieprawdziwe.