9 marca 2017

Wybór przewodniczącego Rady UE - bez znaczenia

Od wielu dni, media i politycy ekscytują się na temat wyboru przewodniczącego Rady Unii Europejskiej. Polski rząd zgłosił kandydaturę Jacka Saryusza-Wolskiego, a czołowe państwa zachodnie popierają kandydaturę Donalda Tuska. Słyszymy gromy ze strony opozycji na postawę rządu, hejt na Jacka Saryusza-Wolskiego (niedawnego europosła PO) za zgodę na kandydowanie. Padają wielkie słowa - racja stanu, wstyd, kompromitacja itd itd.

W rzeczywistości jest zupełnie nieistotne kto zostanie przewodniczącym Rady UE: Tusk czy Saryusz-Wolski, Polak czy Irlańczyk. Jest to funkcja czysto protokolarna, głównym zadaniem Przewodniczącego jest przygotowanie i przewodniczenie szczytów, decyzje podejmują i tak szefowie państw. Jest to jedynie funkcja prestiżowa i dobrze opłacana. Z tych powodów nikt kto ma poważne ambicje odgrywania znaczącej roli i tak nie może zostać wybrany. Dlatego wybrano najpierw Van Rompuy (a nie np. Tony'ego Blaira) a później Donalda Tuska. Nasi rodacy - z tego że będzie ten czy inny przewodniczący - nie odniosą żadnych korzyści.

Jednak ruch polskiego rządu z kandydaturą Jacka Saryusza-Wolskiego był zasadny. I nie chodzi nawet o brak zgody na osobę Donalda Tuska. Decyzje na szczytach UE zapadały zazwyczaj w drodze tzw. nieformalnych rozmów, consensusu, w sposób bardzo niejasny. Wraz z kandydaturą Saryusza-Wolskiego i stanowiskiem polskiego rządu, zmusza się Radę UE do dokonywania wyboru transparentnie w drodze głosowania nad 2 kandydatami (o ile przeciw kandydatowi polskiego rządu, jakiś kraj zgłosi kandydaturę Donalda Tuska) czyli do demokratycznej procedury.

Natomiast co do Polski, to najwyższy czas pomyśleć o wystąpieniu z Unii Europejskiej i jej absurdów. Bo w rzeczywistości - uwzględniając naszą składkę, konieczne kredyty do zaciągnięcia w celu wykorzystania środków i sposób wykorzystania dotacji unijnych, fakt że gros pieniędzy unijnych trafia w rzeczywistości z powrotem do krajów zachodnich oraz koszt wymuszanych (i często w sposób absurdalny) zmian legislacyjnych - to dopłacamy do tego interesu. O wiele szybciej moglibyśmy się rozwinąć poza UE.

Strajk Kobiet, którego nie było

8 marca miał być Międzynarodowy Strajk Kobiet. I już sama nazwa protestu jest oszustwem. Strajk bowiem kojarzy się z powstrzymaniem się od pracy, od jedzenia (strajk głodowy), od uczestnictwa (strajk absencyjny). Szczególną formą jest strajk włoski czyli takie wykonywanie obowiązków, by było uciążliwe, ale co do zasady chodzi o powstrzymanie się.

Tymczasem Międzynarodowy Strajk Kobiet polegał na udziale w manifestacjach głównie po godzinach pracy (16.30 we Wrocławiu, 17.00 w Rzeszowie itd). Zatem od czego powstrzymywały się osoby uczestniczące w tym pseudo-strajku, przecież nie od pracy, bo już były po, nie od uczestnictwa (przecież właśnie uczestniczą w demonstracji). Może powstrzymują się od myślenia i rozumu?

Miał to być strajk kobiet, a tymczasem w tych demonstracjach nie brakowało mężczyzn, zabierano także dzieci. Czyżby pojęcie kobiet w nazwie inicjatywy należało traktować w sposób niebiologiczny, tyko genderowy.

Można by pomyśleć, że protestują głównie młode kobiety, w związku z tematyką protestu - aborcja, antykoncepcja, in vitro. Ależ nie Cyt. za wrocławską GW jest tu tyle starszych osób, których to nie dotyczy bezpośrednio. Te osoby już raczej nie poddadzą się aborcji, antykoncepcji czy in vitro.

Jak w większości zareagowały kobiety, tłumnie uczestniczyły. Skądże. W Warszawie według Ratusza było 17 tys osób  (czyli uwzględniając sposób liczenia Ratusza - znacznie mniej), 3,5 tys. we Wrocławiu, 1700 w Gdańsku, 1 tys. w Łodzi - oczywiście wliczając uczestniczących mężczyzn. A mówimy o bardzo dużych miastach. 

Słowem nie był to żaden strajk kobiet tylko protest grup osób, którym nie podobają się obecne rządy. Zresztą wystarczy było przeczytać niektóre hasła na transparentach, nie miały nic wspólnego z problemami kobiet, tylko były stricte antyPISowskie. Mają do tego prawo, tylko po co te oszustwo z nazwą?

8 marca 2017

Peru: ponad 1,5 mln demonstrantów przeciw ideologii gender

Jak informuje Radio Watykańskie - Ponad półtora miliona Peruwiańczyków demonstrowało 4 marca przeciwko rządowym planom wprowadzenia pojęć z ideologii gender do edukacji dzieci począwszy od najmłodszego wieku. O wycofanie odnośnego projektu ministerstwa oświaty apelowali już w styczniu b.r. biskupi Peru. Obecne manifestacje, które odbyły się w stołecznej  Limie i wielu innych miastach, zorganizowano w ramach kampanii pod hasłem #ConMisHijosNoTeMetas – „Nie wtrącaj się do moich dzieci”. Domaga się ona, aby prezydent Pedro Pablo Kuczynski oficjalnie ogłosił, że ideologia gender nie będzie wprowadzana.
Wśród uczestników było też kilku peruwiańskich parlamentarzystów oraz deputowana kolumbijska Ángela Hernández z Kolumbii. Stała tam ona w ub. r. na czele serii demonstracji przeciwko indoktrynowaniu dzieci ideologią gender. Masowe protesty zmusiły wówczas kolumbijską minister edukacji do ustąpienia.
Na manifestacji w stolicy Peru wystąpił ks. Luis Gaspar, kierujący tamtejszą archidiecezjalną Komisją ds. Rodziny i Życia. Podkreślił on, że prawo rodziców do wychowania własnych dzieci nie może podlegać żadnym negocjacjom. Zaprosił też uczestników demonstracji do udziału w Marszu na rzecz Życia, która obędzie się w Limie 25 marca. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego obchodzona jest przez Kościół w szeregu krajów, w tym także w Polsce, jako Dzień Świętości Życia.
Wielu peruwiańskich manifestantów protestujących przeciwko ideologii gender ostro krytykowało media. Zwracali uwagę, że zazwyczaj zupełnie ignorują one albo przynajmniej minimalizują masowe demonstracje w obronie życia i rodziny.