PRZYCZYNA ZAJŚĆ
Minął kolejny Marsz Niepodległości – jak na razie 72 zatrzymanych i 19
rannych. Dlaczego corocznie Marszowi towarzyszą zamieszki, starcia?
Niestety nie ma prób rzetelnego zrozumienia przyczyn zajść, ani też nie ma prób
znalezienia jakiegoś rozwiązania, by podobne zdarzenia się nie powtórzyły.
Mainstreamowe media nie są tym zainteresowane, policja nie analizuje przyczyn
zdarzenia by lepiej móc rozwiązywać problem w przyszłości, władza chcąc chronić
własną niekompetencję obarcza winą PIS, który przecież nie uczestniczył w
Marszu Niepodległości (był w Krakowie) i wobec którego Narodowcy mają wcale
nie-pozytywny stosunek. Otóż, wśród czynników powodujących taki a nie inny
przebieg marszu warto wymienić:
Po pierwsze - niedostatek służb porządkowych organizatorów jest podstawową
przesłanką, iż dochodzi do zajść. Marsz Niepodległości corocznie gromadzi
między 50 a 100 tys. osób. Przy tak dużej liczebności, trudno zapanować nad
manifestacją, łatwo wmieszać się w tłum grupom prowokatorów lub zwyczajnie osób
nastawionych na walkę wręcz. Zatem opanowanie takiego tłumu wymaga dużej
liczebności służb porządkowych organizatora, zwłaszcza jeżeli osoby
uczestniczące poddają się łatwo emocjom. Tymczasem Straż Marszu to zaledwie
kilkaset osób, zbyt mało by udaremnić jakiekolwiek próby wywołania burd z
wewnątrz czy z zewnątrz Marszu. Zatem organizatorzy powinni zadbać o znacznie
zwiększenie liczby osób w służbie porządkowej Marszu.
Po drugie - struktura osób uczestniczących w Marszu Niepodległości. Są to
ludzie głównie młodzi, przeważają mężczyźni, często nie widzących perspektyw w
dzisiejszej Polsce i przeciwnych obecnej władzy i systemowi. Emocje w takiej
manifestacji są wyższe, niż przy innych demonstracjach. Do tych osób często
próbują się dołączyć zwykli chuligani, grupy prowokatorów itd. Brak
zorganizowanych grup demonstrantów – jak np. w przypadku manifestacji związków
zawodowych – powoduje większą podatność manifestacji na przekształcenie się w
zajścia.
Po trzecie – podgrzewanie atmosfery w mediach. W mainstreamowych mediach
przed Marszem Niepodległości następuje systematyczne podgrzewanie nastrojów.
Wypowiadają się różni komentatorzy dezawuujący Marsz. Postrzegani jako
reprezentanci reżimu, tylko utwierdzają iż warto przyjść na ten Marsz,
zwłaszcza iż możliwa będzie „zadyma”. Tym samym możliwość zapanowania nad
demonstracją przez organizatorów będzie znacznie utrudniona. W samym dniu
Marszu Niepodległości dziennikarze wciąż relacjonują incydenty na uboczu
Marszu, a nie samego pochodu, który przebiega w miarę spokojnie.
Po czwarte – prowokacyjna obecność policji. Otóż względnie „spokojniejszy”
(niż w ostatnich 2 latach) przebieg Marszu w tym roku był wynikiem zarówno
obecności Straży Marszu jak i faktu, iż policja przynajmniej w pierwszym
okresie trzymała się na odpowiedni dystans. Doświadczenia manifestacji w
Berlinie wskazują, iż brak przedstawicieli „przeciwnika” (w tym wypadku
Policji) powoduje, iż poziom agresji się zmniejsza, a tym samym liczba zdarzeń
jest mniejsza. Nie oznacza to oczywiście, iż policja ma nie być obecna, ale w
takiej odległości by móc reagować w razie problemów, a równocześnie sama nie
prowokować do zajść. Przypomnijmy, że koło 16.00 incydenty przy ul. Skorupki
były wciąż odosobnione. Także spalenie Tęczy na Placu Zbawiciela był incydentem
mieszczącym się poza Marszem, wszak Plac Zbawiciela nie był na trasie
przemarszu, a ponadto prawdopodobnie pozwolił na wyładowanie się pewnych
emocji, co mogło zmniejszyć poziom agresji w dłuższym czasie. Do tego momentu
liczba rannych i zatrzymanych była wciąż niewielka. Znacząco się powiększyła po
rozwiązaniu Marszu przez Ratusz i interwencji policji. Liczne są świadectwa, że
to policja blokowała przemarsz, a tym samym w warunkach napierania ludzi z tyłu
sama stwarzała zagrożenie dla życia i zdrowia osób, i możliwość bezpośredniej
konfrontacji.
Po piąte – absurdalne decyzje Ratusza. Prawdopodobnie bilans zdarzeń
tegorocznej manifestacji byłby mniejszy, gdyby nie fakt że Ratusz rozwiązał
manifestację co tylko zaostrzyło sytuację. Należy zauważyć, że rozwiązanie 100
tys. manifestacji jest zresztą niemożliwe w krótkim czasie, a rozpędzenie się
po całym mieście rozemocjonowanych na skutek tej decyzji demonstrantów mogło
doprowadzić do zajść na szeroką skalę. Można odnieść wrażenie, że zarówno w
policji jak i w ratuszu, brakuje specjalistów od bezpieczeństwa publicznego.
Jak widać z powyższego Marsze Niepodległości
siłą rzeczy będą się kończyć się zajściami, chyba że uda się znacząco zwiększyć
liczebność służby porządkowej. Na władze bowiem nie ma za bardzo co
liczyć, niczego się nauczyła przez te ostatnie lata, prawdopodobnie niczego
się nie nauczy i wcale nie jest pewna, iż zależy jej na spokojnym przebiegu Marszu Niepodległości, który skupia od 50 do 100 tys. osób, gdy Marsz prezydencki ledwo kilka tysięcy.
Marsz Niepodległości 2013 - na gorąco
Do
Marszałkowskiej dotarłem Hożą, po ominięciu kilkunastu plutonów policji. Na
Marszałkowskiej usłyszałem, że główna kolumna Marszu jeszcze nie nadeszła, ale
było tutaj już bardzo dużo ludzi, zaś przy wylocie ulicy Skorupki zobaczyłem
pobojowisko. Karetka oblegana przez poszkodowanych, odgłosy petard, nerwowa
bieganina. Pytam co się stało? Słucham chaotycznych opowieści o rzucaniu w
Marsz kamieniami z dachu. Skorupki odgrodzona kordonem Straży Marszu, w głębi
kordon policji. Poszedłem w stronę placu Konstytucji, gdzie zaczekałem na
Marsz.
Z ulicy Skorupki zaczęły dobiegać odgłosy salw petard, które rozświetlały na
biało ściany kamienic. Wyglądało to z daleka jak regularna strzelanina.
Podszedłem bliżej, Straż Marszu przez megafon nawoływała, aby się nie
zatrzymywać i przechodzić dalej. Za pojedynczym kordonem Straży widać było
latające w kierunku kordonu policyjnego czerwone race. Mnóstwo chętnych do
zadymy. W pewnym momencie zaczęła się dłuższa salwa petard, tłum rzucił się do
ucieczki, opróżnione w ten sposób z zadymiarzy miejsce oddzielił podwójny tym
razem kordon Straży Marszu i zadymiarze zrozumieli, że w tym miejscu to koniec.
Poszedłem z tłumem. Z placu Konstytucji widać było płonącą na placu Zbawiciela
tęczę. Gdy dotarłem na miejsce, wyglądające jakby były zrobione z peerelowskiej
krepiny kwiatki już się wypaliły. Mokotowską dotarłem do ronda Jazdy Polskiej,
gdzie znowu połączyłem się z Marszem. Obserwowałem mijanych ludzi. Proporcje
były odwrotne do zeszłorocznego Marszu. O ile poprzednio miałem poczucie, że
"umundurowani narodowcy", czyli na czarno obrani szalikowcy stanowili
jakieś 20% składu Marszu, o tyle teraz 20% stanowili ludzie ubrani tak, jak
większość codziennie spotykanych przechodniów. Jednak i tak liczni byli rodzice
z małymi dziećmi, często w wózkach, osoby niepełnosprawne, a także kombatanci i
wiele osób w zaawansowanym wieku. Generalnie pełny przekrój osób od 5 do 80
roku życia.
Na Spacerowej zaczęły oprócz wyzwisk lecieć na rosyjską ambasadę petardy i
race. Grupka zapaleńców zaczęła szarpać bramę, która wyglądała jakby miała się
zaraz wyrwać z zawiasów. Poszły szyby w budce strażniczej stojącej na trawniku
przed bramą. Nie było w okolicy Straży Marszu ani policji, więc rozzuchwaleni
zadymiarze zaczęli kołysać budką i w końcu ją przewrócili. Ja poszedłem dalej,
ale pewnie ktoś wrzucił do plastikowego wraku racę, co wystarczyło, byśmy mogli
w telewizjach oglądać kolejny malowniczy pożar przy płocie rosyjskiej ambasady.
Czoło Marszu dotarło do Belwederskiej cały czas zabezpieczane jego Strażnikami,
którzy nie pozwalali nikomu tego czoła wyprzedzać. Przed czołem jechała kolumna
motorów i maszerowała niewielka grupa rekonstrukcyjna. Kręciło się też sporo
luźnych osób, pomiędzy którymi czujnie rozglądali się Strażnicy, wyłapując i
cofając do głównej kolumny większość awanturniczo nastawionych i zamaskowanych
kominiarkami osobników.
Zatrzymałem się przy skrzyżowaniu z ulicą Sulkiewicza, bo z góry Belwederskiej
schodził oddział kilkuset policjantów. W tym miejscu ulica biegnie między
wysokimi płotami ambasady rosyjskiej i Belwederu, więc wiedziałem, że jeśli
zrobią tam blokadę, to tłum nie będzie miał jak wyjść, a jeśli tłum ulegnie
prowokacji i zacznie się zadyma, też nie będzie jak uciec. Postanowiłem z
wysokiego parkanu obserwować rozwój wypadków.
Kolumna Marszu jednak weszła w zwężającą się Belwederską, więc tłum zaczął
gęstnieć. Z samochodu nagłośnieniowego padła informacja, że Marsz został
rozwiązany ale i tak musimy dojść na Agrykolę. Z tego miejsca i tak nie żadnego
wyjścia. Boczne uliczki zostały zablokowane przez oddziały policji, zaś za
kolumna Marszową posuwało się kolejnych kilkuset policjantów, z trzema
armatkami wodnymi i powtarzanymi do znudzenia prośbami o opuszczenie
zgromadzenia przez posłów, senatorów, kobiety i dzieci, bo zaraz będzie użyta
siła. Komunikaty o tyle absurdalne, że nie było jak opuścić tego
"zgromadzenia".
Gdy koniec Marszu dotarł do miejsca w którym stałem, podano że czoło Marszu
jest już na Rozdrożu. Jednak apele, aby przesuwać się do przodu były całkowicie
jałowe, bo tłum był na tyle gęsty, że po prostu nie było jak się ruszyć. Trzeba
było cierpliwie zaczekać, tymczasem od tyłu zaczęły nadchodzić kolejne plutony
prewencji, którym ktoś wydał idiotyczny rozkaz, aby wypchnąć ludzi w górę
Belwederskiej. Apele ekipy nagłośnieniowej o trzymanie dystansu przez policję
wobec całkowicie spokojnego tłumu nie przynosiły najmniejszego skutku.
Zdezorientowani dowódcy plutonów byli besztani przez przełożonych za
niesubordynację i zmuszani do wypychania całkowicie spokojnego, choć coraz
bardziej nerwowego tłumu. Napięcie było duże ale chyba ktoś w końcu poszedł po
rozum do głowy i policja odpuściła. Marsz w końcu wyszedł z przewężenia
Belwederskiej i część plutonów się wycofała a część podążyła za Marszem.
Marsz Niepodległości 2013 - na gorąco
Do
Marszałkowskiej dotarłem Hożą, po ominięciu kilkunastu plutonów policji. Na
Marszałkowskiej usłyszałem, że główna kolumna Marszu jeszcze nie nadeszła, ale
było tutaj już bardzo dużo ludzi, zaś przy wylocie ulicy Skorupki zobaczyłem
pobojowisko. Karetka oblegana przez poszkodowanych, odgłosy petard, nerwowa
bieganina. Pytam co się stało? Słucham chaotycznych opowieści o rzucaniu w
Marsz kamieniami z dachu. Skorupki odgrodzona kordonem Straży Marszu, w głębi
kordon policji. Poszedłem w stronę placu Konstytucji, gdzie zaczekałem na
Marsz.
Z ulicy Skorupki zaczęły dobiegać odgłosy salw petard, które rozświetlały na
biało ściany kamienic. Wyglądało to z daleka jak regularna strzelanina.
Podszedłem bliżej, Straż Marszu przez megafon nawoływała, aby się nie
zatrzymywać i przechodzić dalej. Za pojedynczym kordonem Straży widać było
latające w kierunku kordonu policyjnego czerwone race. Mnóstwo chętnych do
zadymy. W pewnym momencie zaczęła się dłuższa salwa petard, tłum rzucił się do
ucieczki, opróżnione w ten sposób z zadymiarzy miejsce oddzielił podwójny tym
razem kordon Straży Marszu i zadymiarze zrozumieli, że w tym miejscu to koniec.
Poszedłem z tłumem. Z placu Konstytucji widać było płonącą na placu Zbawiciela
tęczę. Gdy dotarłem na miejsce, wyglądające jakby były zrobione z peerelowskiej
krepiny kwiatki już się wypaliły. Mokotowską dotarłem do ronda Jazdy Polskiej,
gdzie znowu połączyłem się z Marszem. Obserwowałem mijanych ludzi. Proporcje
były odwrotne do zeszłorocznego Marszu. O ile poprzednio miałem poczucie, że
"umundurowani narodowcy", czyli na czarno obrani szalikowcy stanowili
jakieś 20% składu Marszu, o tyle teraz 20% stanowili ludzie ubrani tak, jak
większość codziennie spotykanych przechodniów. Jednak i tak liczni byli rodzice
z małymi dziećmi, często w wózkach, osoby niepełnosprawne, a także kombatanci i
wiele osób w zaawansowanym wieku. Generalnie pełny przekrój osób od 5 do 80
roku życia.
Na Spacerowej zaczęły oprócz wyzwisk lecieć na rosyjską ambasadę petardy i
race. Grupka zapaleńców zaczęła szarpać bramę, która wyglądała jakby miała się
zaraz wyrwać z zawiasów. Poszły szyby w budce strażniczej stojącej na trawniku
przed bramą. Nie było w okolicy Straży Marszu ani policji, więc rozzuchwaleni
zadymiarze zaczęli kołysać budką i w końcu ją przewrócili. Ja poszedłem dalej,
ale pewnie ktoś wrzucił do plastikowego wraku racę, co wystarczyło, byśmy mogli
w telewizjach oglądać kolejny malowniczy pożar przy płocie rosyjskiej ambasady.
Czoło Marszu dotarło do Belwederskiej cały czas zabezpieczane jego Strażnikami,
którzy nie pozwalali nikomu tego czoła wyprzedzać. Przed czołem jechała kolumna
motorów i maszerowała niewielka grupa rekonstrukcyjna. Kręciło się też sporo
luźnych osób, pomiędzy którymi czujnie rozglądali się Strażnicy, wyłapując i
cofając do głównej kolumny większość awanturniczo nastawionych i zamaskowanych
kominiarkami osobników.
Zatrzymałem się przy skrzyżowaniu z ulicą Sulkiewicza, bo z góry Belwederskiej
schodził oddział kilkuset policjantów. W tym miejscu ulica biegnie między
wysokimi płotami ambasady rosyjskiej i Belwederu, więc wiedziałem, że jeśli
zrobią tam blokadę, to tłum nie będzie miał jak wyjść, a jeśli tłum ulegnie
prowokacji i zacznie się zadyma, też nie będzie jak uciec. Postanowiłem z
wysokiego parkanu obserwować rozwój wypadków.
Kolumna Marszu jednak weszła w zwężającą się Belwederską, więc tłum zaczął
gęstnieć. Z samochodu nagłośnieniowego padła informacja, że Marsz został
rozwiązany ale i tak musimy dojść na Agrykolę. Z tego miejsca i tak nie żadnego
wyjścia. Boczne uliczki zostały zablokowane przez oddziały policji, zaś za
kolumna Marszową posuwało się kolejnych kilkuset policjantów, z trzema
armatkami wodnymi i powtarzanymi do znudzenia prośbami o opuszczenie
zgromadzenia przez posłów, senatorów, kobiety i dzieci, bo zaraz będzie użyta
siła. Komunikaty o tyle absurdalne, że nie było jak opuścić tego
"zgromadzenia".
Gdy koniec Marszu dotarł do miejsca w którym stałem, podano że czoło Marszu
jest już na Rozdrożu. Jednak apele, aby przesuwać się do przodu były całkowicie
jałowe, bo tłum był na tyle gęsty, że po prostu nie było jak się ruszyć. Trzeba
było cierpliwie zaczekać, tymczasem od tyłu zaczęły nadchodzić kolejne plutony
prewencji, którym ktoś wydał idiotyczny rozkaz, aby wypchnąć ludzi w górę
Belwederskiej. Apele ekipy nagłośnieniowej o trzymanie dystansu przez policję
wobec całkowicie spokojnego tłumu nie przynosiły najmniejszego skutku.
Zdezorientowani dowódcy plutonów byli besztani przez przełożonych za
niesubordynację i zmuszani do wypychania całkowicie spokojnego, choć coraz
bardziej nerwowego tłumu. Napięcie było duże ale chyba ktoś w końcu poszedł po
rozum do głowy i policja odpuściła. Marsz w końcu wyszedł z przewężenia
Belwederskiej i część plutonów się wycofała a część podążyła za Marszem.