6 maja 2011

Tusk zamknął dwa najbezpieczniejsze stadiony w Polsce

Premier Tusk postanowił zamknąć dwa najbezpieczniejsze w Polsce stadiony - Lecha Poznań i Legii Warszawa. Tak się składa, że ich kibice należą do najbardziej zaangażowanych w działania patriotyczne i w krytykę rządu. Pretekstem ma być bijatyka w Bydgoszczy. Tyle że jakieś 99 proc. winy za to, iż do niej doszło, ponosi firma Zubrzycki, zarabiająca miliony dzięki Platformie Obywatelskiej.
W przeddzień finału Pucharu Polski w Bydgoszczy rozmawiałem z mecenasem Andrzejem Pleszkunem ze stowarzyszenia „Wiara Lecha” i Wojciechem Wiśniewskim ze Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa. Temat rozmów był ten sam: po internecie krążyła dość wiarygodnie brzmiąca informacja, że władza szykuje prowokację przeciwko kibicom. Obaj głowili się, jak z tą informacją przebić się do tysięcy zwykłych poznaniaków i warszawiaków jadących do Bydgoszczy.
Równolegle przed meczem policja ogłosiła, że jest przeciwna jego organizacji z racji na zagrożenie dla bezpieczeństwa na nieprzystosowanym do takich widowisk II-ligowym stadionie. O zagrożeniu w histerycznym tonie rozpisywały się też prorządowe media.



Prowokacja bydgoska
To, że wydarzenia bydgoskie były prowokacją władzy, nie ulega wątpliwości dla nikogo, kto zna przebieg wydarzeń.
Jak władza zareagowała na rzekome gigantyczne zagrożenia, publicznie opisywane przez rządowe służby? Podczas meczu na murawie pojawiło się zaledwie... kilkudziesięciu ochroniarzy z firmy Zubrzycki. Jeśli władza wierzyła własnej policji, było to zachowanie kompletnie nieodpowiedzialne. Trudno je określić inaczej niż głupotę lub – co bardziej prawdopodobne – celowe prowokowanie zajść.
Pomysł, że kilkudziesięciu ochroniarzy może stanowić zaporę na wypadek gdyby 6 tys. kibiców Lecha chciało się pobić z 6 tys. kibiców Legii, to czysty absurd. Gdyby trybuny faktycznie pełne były chuliganów, jak opisuje to „Gazeta Wyborcza”, mecz nie zdążyłby się rozpocząć, a boisko stało by się terenem batalistycznych scen bitewnych.




Stadiony bezpieczne jak nigdy
Tymczasem do niczego takiego nie doszło. Przez cały czas trwania meczu kibice obu drużyn w spokoju prowadzili doping, w tym skandowali hasła krytykujące rząd Tuska i media.
Jak to możliwe? Kampania „GW” nie ma żadnego oparcia w faktach. Stan bezpieczeństwa na stadionach w ostatnich latach nieporównywalnie poprawił się. Stało się za sprawą kibicowskich stowarzyszeń, dzięki którym kibice zajęli się działaniami patriotycznymi, antykomunistycznymi oraz na rzecz społeczności lokalnych. Stali się oni najważniejszym oddolnym ruchem wyrażającym aktywność młodych Polaków.
Kibice organizowali się z dala od partii politycznych, jednak reaktywowanie przez nich patriotycznych tradycji zostało właśnie z powodów politycznych zaatakowane. Rządząca partia oraz gazeta Adama Michnika uznały ich środowisko za groźną wylęgarnię postaw politycznie niepoprawnych. Kibice zaczęli być przez nie zwalczani, na co odpowiedzieli transparentami wyśmiewającymi puste obietnice rządu i kłamstwa „GW”.
Że aktywność patriotyczna kibiców współgrała z poprawą bezpieczeństwa dowodzą niezbicie dane Komendy Głównej Policji. W 2008 r. policja skierowała 1559 wniosków o ukaranie uczestników imprez masowych za popełnienie wykroczenia. W 2010 r. - zaledwie 505. Podobnie rzeczy wygląda jeśli chodzi o zarzuty popełnienia przestępstwa: 2008 – 757, 2010 – 328. Nie inaczej sytuacja kształtuje się, gdy chodzi o liczbę zatrzymanych: 2008 – 2166, 2010 – 961. Tak wielkiego sukcesu nie odniósł nigdy żaden polityk czy rząd.



Ochroniarze jak tyczki
Nie oznacza to rzecz jasna, że kibice stali się z tego powodu aniołkami. To, że liczba incydentów błyskawicznie zmalała o 56 proc, nie oznacza, że nie ma ich wcale. Stadiony nigdzie na świecie nie przypominają filharmonii. Naiwnością byłoby twierdzić, że 6 tys. kibiców Lecha i Legii można zostawić ze sobą sam na sam i być pewnym, że nie dojdzie do żadnych incydentów.
Słownik Władysława Kopalińskiego określa prowokację jako podstępne podpuszczanie kogoś do szkodliwych dla niego (lub dla osób trzecich) działań. Prowokujący wykorzystuje dla swych celów takie cechy wroga, sprzyjają jego celom. Tak postąpili organizatorzy meczu w Bydgoszczy.
Mecz zakończył się remisem, po nim przyszedł czas na dogrywkę i rzuty karne. Dla każdego specjalisty od zabezpieczenia meczu nie ulega wątpliwości, że to moment wyzwalający największe emocje. Za chwilę 6 tys. ludzi przeżyje euforię, zaś drugie 6 tys. złość. Ochrona powinna w tej sytuacji zmobilizować wszystkie siły.
Tymczasem liczba ochroniarzy firmy Zubrzycki na boisku wzrosła nieznacznie i nadal była śmiesznie nieliczna. O wszystkim zdecydować miał ostatni rzut karny. Przed nim część kibiców Legii bez problemu wbiegła na płytę stadionu. Jak zareagowali nieliczni ochroniarze? Stali jak tyczki, czym dali znać kibicom, którzy patrzyli na nich z trybun, że akceptują na ich wbiegnięcie na murawę.
Wbieganie na murawę po zdobyciu mistrzostwa czy pucharu ma w Polsce długą tradycję. Bywało, że policja lub ochrona je uniemożliwiała. Ale było i tak, że – formalnie lub nie - wyrażała na to zgodę. Także niżej podpisany świętował niegdyś zdobycie mistrzostwa Polski przez Lecha Poznań wraz z tłumem kibiców na murawie. Co pokazane zostało w mediach jako dowód piękna piłki nożnej i wyzwalanych przez nią emocji.



Tusku, ratuj!
Jest jedno „ale”: dowódcy odpowiedzialni za bezpieczeństwo na meczu nie mogą dopuścić do świętowania na murawie, jeśli oznacza to wejście świętujących w bezpośredni fizyczny kontakt z tymi, którzy akurat rozzłoszczeni są porażką. To elementarz.
Nawet jeśli 90 proc. kibiców będzie w tym momencie świętować lub smucić się w spokoju, to i tak ze strony choćby znikomej mniejszości padną wrogie okrzyki, a za nimi może dojść do rękoczynów.
Dowodzący ochroniarzami Zubrzyckiego Krzysztof Grochocki doskonale o tym wiedział, bo odpowiadał za zabezpieczenie wielu podobnych imprez masowych. Tymczasem jego pracownicy nie przeszkodzili najmniejszym stopniu w wejściu kibiców na murawę. Nie wahali się nawet narazić przez to bezpieczeństwa piłkarzy.
Wbrew intencjom prowokatorów zdecydowana większość kibiców została na trybunach. Doszło tylko do niewielkiej bójki. Wtedy na murawę wkroczyła policja – strzelając do agresywnych i nieagresywnych z broni gładkolufowej, co wywołało rzucanie różnymi przedmiotami w nią samą.
Moment wręczania pucharu wyglądał więc jak przygotowany przez rządowych spindoktorów: piłkarze odbierali puchar pomiędzy szpalerami ochroniarzy, a przeciętny widz miał dowiedzieć się, że oto tysiące bandytów wywołały gigantyczną awanturę. „Nie ustąpimy ani na krok” – odpowiada na konferencji prasowej z 4 maja Donald Tusk. Potem podlegli rządowi wojewodowie zamykają stadiony w Poznaniu i Warszawie. To na nich pojawiały się wielkie napisy „Szechter przeproś za ojca i brata” oraz „Gówno prawda” (przypominający logo „GW”).



Ile wykonawcy prowokacji zarobili z kieszeni podatników?
Kim są wykonawcy bydgoskiej prowokacji? Jest nią firma ochroniarska Zubrzycki. Dodajmy, że tak naprawdę istnieją dwie firmy z „Zubrzyckim” w nazwie, mieszczące się pod tym samym adresem.
Tak się składa, że Zubrzycki cieszy się szczególnymi względami dwóch sił: postkomunistyczno-esbeckiego betonu z PZPN, który był organizatorem meczu, oraz Platformy Obywatelskiej, a w szczególności wywodzącej się z tej partii prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz.
W 2009 r. ochroniarze z Zubrzyckiego pacyfikowali kupców z warszawskiego KDT. W wyniku ataku „ochroniarzy”, który nie miał nic wspólnego z zakresem uprawnień przysługujących firmom ochroniarskim, rannych zostało 40 osób. Niektóre z nich mają zrujnowane zdrowie do dziś.
Nawet MSWiA postanowiło wówczas zareagować – wystąpiło o odebranie Zubrzyckiemu koncesji. Ale wkrótce okazało się, że istnieją dwie firmy o tej nazwie, z których jedna twierdzi, że nie miała z pacyfikacją nic wspólnego.
Po pacyfikacji KDT okazało się, że współpraca z warszawskim ratuszem stała się dla Zubrzyckiego bardzo opłacalna. W grudniu 2009 r. urzędnicy Gronkiewicz-Waltz wynajęli tę firmę do ochrony imprezy sylwestrowej na Placu Konstytucji, przelewając na jej konto 310 tys. zł. Po tragedii smoleńskiej Zubrzycki ustawiał i demontował płotki podczas żałobnych uroczystości, za co dostał 130 tys. zł.
„Superexpress” pisał o zarobkach Zubrzyckiego za ochronę osób i mienia w placówkach Domu Kultury Włochy (115 tys. zł), ochronę Targowiska Banacha (530 tys. zł), ochronę i usługi portierskie w SP nr 342 im. Jana Marcina Szancera (72 tys. zł).
Niezwykle intratny kontrakt jedna z firm „Zubrzyckim” w nazwie zawarła kilka miesięcy temu – w grudnia 2010 r. Za ochronę obiektów i pasażerów komunikacji miejskiej zarobi około 2,4 mln zł.
Piotr Lisiewicz


(źródło Niezalezna.pl)

PROTEST PRZECIW ZAMKNIĘCIU STADIONU LEGII

O godzinie 18:30 kibice Legii zbierają się w "Źródełku" przy Agrykoli i stamtąd wyruszą w niedalekie miejsce spontanicznego protestu przeciwko zamknięciu stadionu Legii. Już wczoraj policja została poinformowana o planowanym proteście. "Wpłynęło do nas oficjalne pismo w tej sprawie od Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa" - mówi podinsp. Maciej Karczyński, rzecznik stołecznej policji.

Pismo zostało również przesłane do Biura Zarządzania Kryzysowego i zostało poparte wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego nr P 15/08, w którym "zwoływanie zgromadzenia spontanicznego bez wymaganego zawiadomienia lub przewodniczenie zgromadzeniu spontanicznemu, a więc takiemu zgromadzeniu, którego wcześniejsze zgłoszenie nie było możliwe z przyczyn niezależnych od organizatora, a odbycie zgromadzenia w innym terminie byłoby bezcelowe lub mało istotne z punktu widzenia debaty publicznej, jest zgodny z art. 57 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej".

"Mamy nadzieję, że protest będzie pokojowy i nie dojdzie do żadnych naruszeń prawa. Oczywiście jak w każdej tego typu sytuacji będziemy dbać o bezpieczeństwo uczestników, jak i wszystkich osób postronnych" - powiedział PAP rzecznik policji. Organizatorzy również proszą wszystkich kibiców, którzy przybędą na Łazienkowską, o godne zachowanie.



W komunikacie grup kibiców Legii znalazła się też prośba o to by nie zwracać biletów zakupionych na mecz z Koroną Kielce. Podobny apel wystosowało także stowarzyszenie kibiców Lecha Poznań. Stadion Kolejarza po burdach w Bydgoszczy również został zamknięty na najbliższe spotkanie Ekstraklasy z Górnikiem Zabrze.
"Osoby, które zakupiły bilety na jutrzejszy mecz Legia - Korona prosimy o nie występowanie do klubu o zwrot pieniędzy. Nie klub jest tu winien - w przygotowaniu pozew zbiorowy przeciwko rządowi" - piszą w komunikacie Grupy Kibicowskie Legii Warszawa.
"Nie ma zgody na komunistyczne metody stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie dowiedziono ani winy klubu (niebiorącego udziału w organizacji finału PP) ani braków w zabezpieczeniu stadionu Legii ani - co najważniejsze - jakichkolwiek przejawów łamania prawa nie tylko przez kibiców, którzy byli w Bydgoszczy, ale np. nie wybiegli na murawę, albo niczego nie demolowali (dowodów na demolkę do tej pory brak) - także takich, którzy na finale PP nie byli. Po prostu zakupili bilety na jutrzejszy mecz z Koroną Kielce" - czytamy dalej w oświadczeniu."Na chwilę obecną główne zastrzeżenia dotyczą organizatora meczu - PZPN - oraz podległej administracji rządowej policji. Niech zamykają komendy, nie stadiony. Jeżeli chcą już stosować odpowiedzialność zbiorową" - kończy komunikat.


POLSKA ZAKAZANA W SZKOLE

Wściekły atak "Gazety Wyborczej" na nowohucka szkołę im. ks. Kazimierza Jancarza nadal wywołuje szereg komentarzy. Dziś publikuję komentarz posła Ryszarda Terleckiego



Polska zakazana w szkole
Stosowane przez lata medialne pranie mózgów skutkuje obsesyjnym strachem przed patriotyzmem, niechęcią do wszystkiego, co wiąże się z polską narodową tożsamością, agresją wobec jakichkolwiek przejawów religijności. Kompleks niższości i frustracje z powodu politycznych niepowodzeń przeradzają się w pretensje do świata za to, że okazał się bardziej skomplikowany niż wynika to z komentarzy wygłaszanych przez partyjnych liderów.
W szkole nr 85 im. ks. Kazimierza Jancarza w Mistrzejowicach od paru lat była eksponowana skromna wystawa pamiątek po "Ołtarzu Solidarności" z lat 1981-1989. Dla tych, których historia Krakowa nie interesuje, konieczne jest wyjaśnienie, że po wprowadzeniu stanu wojennego w mistrzejowickim kościele ks. Jancarz w każdy czwartek odprawiał mszę św. w intencji ojczyzny, na którą przybywali nie tylko mieszkańcy Nowej Huty, ale także delegacje nielegalnej wówczas "Solidarności" z całego kraju. Bywali tam liczni księża, wśród nich bł. ks. Jerzy Popiełuszko, działacze zdelegalizowanego związku, m.in. Lech Wałęsa, Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda czy Seweryn Jaworski, odbywały się także wykłady, poświęcone historii, zakazanej literaturze, wychowaniu, nauce społecznej Kościoła. Te spotkania przerodziły się w Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy, na którym wykładali ci spośród pracowników krakowskich uczelni, którzy nie dali się zastraszyć bezpiece i uczelnianym politrukom. Delegacje, które przyjeżdżały z całej Polski, przywoziły wota, składane na specjalnym ołtarzu - najczęściej były to krzyże, świeczniki, rzeźby czy obrazy, zwykle z symbolami "Solidarności".
Pamiątki stanu wojennego
Drobną część tych pamiątek historii udało się ocalić i przenieść do szkoły im. ks. Jancarza. Przez parę lat nikomu nie przeszkadzały. Nagle wokół tych pamiątek rozpętała się burza. Stało się to w okresie bezpośrednio poprzedzającym rocznicę tragedii smoleńskiej. W Szkole Podstawowej nr 85, jak w wielu innych krakowskich placówkach oświatowych, śmierć Prezydenta RP i tylu innych wybitnych osób, uczczono okolicznościową ekspozycją. Tego niektórym było już za wiele.
Nowa "dyktatura ciemniaków"?
"Upolitycznienie podstawówki", "PIS-owska ideologia" - donosi "GW" oburzony "pan Dariusz, ojciec dwójki uczniów". A Jan Hartman, który przedstawia się jako "etyk, filozof", pisze (także w "GW"): "Krzyże, ołtarz, martyrologia (...) to forma patriotyzmu kreowana przez PiS. I to jest niedopuszczalne". W odpowiedzi na rewelacje "GW" krakowscy radni z Platformy Obywatelskiej ruszają ratować dzieci, zagrożone polską historią. Radny Hohenauer pisze skargę do prezydenta miasta, radna Patena usiłuje zorganizować karną ekspedycję Komisji Edukacji do niebezpiecznej szkoły. Magistraccy urzędnicy na wyścigi biegną kontrolować szkołę i badać, czy nie powstało tam groźne ognisko choroby patriotyzmu.
Przecieram oczy ze zdumienia. "Solidarność" jest już zakazana w polskiej szkole? I to gdzie - w Nowej Hucie? Cała ta historia wydaje się niewiarygodna. Czy trwa już jakaś obca okupacja? Czy może wróciła "dyktatura ciemniaków" - jak rządy komuny nazywał Stefan Kisielewski? Polski patriotyzm jest już zakazany, czy dopiero szykowane są odpowiednie ustawy? Czy każdy polityczny narwaniec może nam dyktować czego powinny uczyć się polskie dzieci?
Nowa Huta ma spore doświadczenie w obronie krzyża. Niedawno obchodziliśmy rocznicę tej obrony. Obchodziliśmy też rocznicę powstania "Solidarności". Nowa Huta wielokrotnie okazała swoje przywiązanie do idei "Solidarności". Może "panu Dariuszowi" czy magistrackim urzędnikom nie przeszkadzałby kącik pamięci Jaruzelskiego albo wystawa ku czci "naszych chłopców" z ZOMO, którzy tak dzielnie spisali się w kopalni "Wujek"? Może woleliby portret Putina zamiast fotografii polskiego prezydenta, który zginął w Smoleńsku, w drodze do Katynia? Ich sprawa. Ale na razie my jeszcze mamy prawo do obrony naszej historii, naszych wartości, naszego krzyża. A także do obrony polskiej szkoły. I z pewnością w tej sprawie nie ustąpimy.
Granice wolności
A przy okazji, panie Hartman. Prawo i Sprawiedliwość jest legalną partią. I jej zwolennicy oraz jej wyborcy mają prawo do wyrażania swoich poglądów. I do domagania się, aby w polskiej szkole uczono przywiązania do ojczyzny. Nie kwestionuję pana prawa do wypowiadania swoich poglądów, skoro "GW" chce je drukować. Ale pan pisze, że dla dyrektora szkoły "są granice jego wolności, których nie powinien przekraczać. W tym wypadku zostały przekroczone". Otóż nie, panie Hartman, na razie to jest wciąż polska szkoła. I ani krzyż, ani symbole "Solidarności" w polskiej szkole nie naruszają "granic wolności".
Awantura wokół szkoły nr 85 to groźny przypadek. Pojawiają się głosy przeciwko pokazywaniu w szkołach portretów Jana Pawła II czy ks. Jerzego Popiełuszki, przeciwko "zatruwaniu" dzieci historią. Ostatnio dowiedziałem się, że na pewnym spotkaniu uczonych w Polskiej Akademii Nauk pojawiło się pytanie, po co na terenie uniwersytetu umieszczono tablicę poświęconą polskiemu papieżowi. W tej skandalicznej sprawie nie słyszę żadnych protestów środowiska uniwersyteckiego. Więc ostrzegam, że jeżeli nie będziemy wypowiadać się wystarczająco głośno, to pewnego dnia pojawi się jakiś "pan Dariusz" i będzie żądał skucia tej tablicy, tak jak dzisiaj domaga się wyrzucenia ze szkoły pamiątek po niepodległościowej działalności ks. Kazimierza Jancarza.
prof. dr hab. Ryszard Terlecki