10 maja 2011

Kto jest kim w TVN





Kto jest kim w TVN Czwartek, 21 Kwiecień 2011 20:08 Grupa TVN to dziś największy koncern medialny w Polsce. W jej skład wchodzi 10 kanałów telewizyjnych, w tym TVN, TVN24, TVN7, TVN Style (dla kobiet) i TVN CNBC (ekonomiczny). Grupę TVN kontroluje holding ITI, do którego należy także kilka innych kanałów (np. Religia.tv), platformy cyfrowe, firma producencka ITI Film Studio, dystrybutor filmów ITI Cinema, sieci kin Multikino i Silver Screen, portal internetowy Onet.pl, wydawnictwo turystyczne “Pascal”, “Tygodnik Powszechny” oraz klub piłkarski Legia Warszawa. Siła oddziaływania tego ośrodka medialno-biznesowego na polskie społeczeństwo jest zatem ogromna. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się ludziom, którzy za tym ośrodkiem stoją.



Towarzysz Walter i biznesmen Wejchert
“Towarzysz Walter, jako szef Studia 2 i twórca telewizyjny, wykazuje najlepsze opanowanie warsztatu, obfitość pomysłów programowych i zmysł organizacyjny, dzięki któremu jego redakcja wyróżniała się jakością efektów swej pracy. Nie było z programami Studia 2 poważniejszych problemów politycznych”. W ten sposób oceniał Mariusza Waltera szef Telewizji Polskiej w czasie stanu wojennego, Andrzej Kurz, broniąc go w marcu 1982 r. przed atakami niektórych członków Komitetu Zakładowego PZPR, którzy niesłusznie zarzucali mu prosolidarnościowe sympatie.
Pochodzący ze Lwowa Mariusz Walter (rocznik 1937) przez całe dorosłe życie związany był z mediami. Rozpoczynał w studenckim radiu Politechniki Śląskiej w Gliwicach, na początku lat 60. trafił do katowickiego oddziału TVP, a stamtąd – na ulicę Woronicza w Warszawie, gdzie spędził prawie 20 lat. W epoce późnego Gomułki współtworzył sztandarowe widowisko ówczesnej telewizji – “Turniej Miast”, ale jego prawdziwa kariera przypada na czasy gierkowskie, gdy Radiokomitetem kierował Maciej Szczepański. Pod jego skrzydłami Walter stworzył wspomniane Studio 2, prowadzone na żywo przez kilkoro prezenterów, m.in. własną żonę, Bożenę Walter (dziś szefową Fundacji TVN “Nie jesteś sam”). Dodajmy, że od 1967 r. należał do PZPR.
“Towarzysz Walter” opuścił TVP w 1982 r., ale jak podkreślał: “Nikt z telewizji mnie nie wyrzucił. Sam odszedłem. Miałem tak zwaną rozmowę weryfikacyjną, po której padł wniosek, że nie mogę pełnić żadnej funkcji kierowniczej”. Nie oznacza to bynajmniej, że ówcześni decydenci go nie doceniali. Rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban w piśmie do gen. Czesława Kiszczaka z 22 lutego 1983 r. proponował utworzenie w MSW “odrębnego pionu (służby) propagandowej”, sugerując zarazem, że w takiej strukturze mogłoby się znaleźć miejsce dla Mariusza Waltera, którego tak charakteryzował: “nadaje się na głównego konsultanta, jakiegoś szefa programowania, szefa realizacji programów radiowych i TV – jednym słowem nie kierownika działu propagandy, lecz główną siłę koncepcyjno-fachową. Najzdolniejszy w ogóle redaktor telewizyjny w Polsce, organizator i koncepcjonista. Przedstawia tow. Rakowskiemu i mnie sporo interesujących koncepcji ogólnopolitycznych i propagandowych”.
Ostatecznie Walter nie trafił jednak do MSW, lecz w 1984 r. wspólnie z Janem Wejchertem założył firmę ITI (International Trade and Investment), która zajmowała się handlem elektroniką (miała wyłączność na dystrybucję sprzętu Hitachi), dystrybucją kaset wideo i filmów kinowych, tworzeniem pierwszych na polskim rynku reklam, a także produkcją chipsów i polepszaczy do pieczywa. W 1991 r. trzecim udziałowcem ITI został szwajcarski bankowiec Bruno Valsangiacomo, który współpracował z firmą od połowy lat 80., ułatwiając jej zdobywanie kredytów.



Biznesmen Wejchert Walter poznał Wejcherta w 1976 r., gdy razem zaczęli organizować pokazowe mecze Wojciecha Fibaka transmitowane w telewizji. Pochodzący z Gdańska Jan Wejchert (1950-2009) od połowy lat 70. prowadził firmę polonijną Konsuprod, która była pierwszym przedstawicielstwem zachodnioniemieckiego biznesu w PRL. Biznesmenów takich jak on formalnie nadzorowała Polsko-Polonijna Izba Przemysłowo-Handlowa Inter-Polcom (jednym z jej prezesów był Jan Kulczyk), a nieformalnie – służby specjalne PRL, zwłaszcza II Departament MSW, czyli kontrwywiad.
Po zmianie ustroju Mariusz Walter namówił swoich wspólników do wejścia na rynek mediów. Ale gdy Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w 1993 r. rozpisała pierwszy konkurs koncesyjny na ogólnopolską prywatną telewizję, założona przez Waltera spółka TV 7 przegrała wyścig z mało znanym biznesmenem Zygmuntem Solorzem i jego Polsatem. Druga szansa pojawiła się kilka lat później, kiedy KRRiT przyznawała koncesje ponadregionalne. Kolejne “dziecko” Waltera, stacja TVN, otrzymała zezwolenie na nadawanie w centrum i na północy kraju. Szybko jednak kupiła udziały w telewizji “Wisła”, mającej koncesję na Polskę południową. Sam biznesmen przyznawał, że jego sojusznikiem w realizacji tego projektu był ówczesny przewodniczący KRRiT Bolesław Sulik, reprezentujący w tym gremium Unię Wolności.



Wspólnicy i pomocnicy
Ostatecznie 3 października 1997 r. wystartowała ogólnopolska telewizja TVN. Sam Walter dwa lata później wspominał: “Gdyby nie pan Ronald Lauder i jego determinacja mam poważne wątpliwości, czy TVN zaistniałaby tak szybko i silnie”. Lauder to amerykańsko-żydowski miliarder, właściciel fortuny wypracowanej przez firmę kosmetyczną jego matki Estee Lauder. Jego koncern CME (Central European Media Enterprises), który w latach 90. inwestował w media wielu krajów postkomunistycznych (m.in. Czech, Słowacji, Rumunii, Ukrainy), stał się też właścicielem 33 proc. udziałów spółki TVN. Wprawdzie już w 1999 r. CME wycofało się z tej inwestycji, sprzedając swoje udziały międzynarodowemu koncernowi medialnemu SBS (Scandinavian Broadcasting System), ale jego roli przy powstaniu TVN nie sposób przecenić. Zwłaszcza że Lauder był wówczas skarbnikiem Światowego Kongresu Żydów (obecnie jest prezydentem tej organizacji) i twórcą fundacji swojego imienia, która wspiera odrodzenia życia żydowskiego w naszej części Europy.
W tym kontekście nie dziwi obecność we władzach TVN znaczących osób pochodzenia żydowskiego. Np. w pierwszym składzie Rady Nadzorczej tej stacji zasiadał francuski dziennikarz Gabriel Meretik (1939-2000), znany głównie jako autor książki o wprowadzeniu stanu wojennego pt. “Noc generała”. Wychowany w Polsce, wyjechał na Zachód w ramach żydowskiej emigracji po marcu 1968 r. Z kolei od dwóch lat w Radzie Nadzorczej TVN zasiada Michał Broniatowski, były szef przedstawicielstw Agencji Reutera w Polsce i Rosji, w latach 1994-2005 członek Rady Dyrektorów ITI, równocześnie od 2001 r. członek Rady Nadzorczej Grupy Onet. Jest on synem żydowskich komunistów: Mieczysława Broniatowskiego, “dąbrowszczaka”, pułkownika UB i MSW, oraz Henryki Broniatowskiej, wieloletniej szefowej PRL-owskich wydawnictw, zasiadającej też w zarządzie sławnego Klubu Krzywego Koła.



Rodzina i przyjaciele
Od stycznia 2005 r. funkcję prezesa i dyrektora generalnego Grupy ITI pełni Wojciech Kostrzewa. Ten wykształcony w Niemczech ekonomista (posiada zresztą podwójne obywatelstwo – polskie i niemieckie) w 1989 r. został ściągnięty z Kilonii przez ówczesnego wicepremiera Leszka Balcerowicza na stanowisko jego doradcy. Niedługo potem Kostrzewa objął fotel prezesa Polskiego Banku Rozwoju, zaś w 1996 r. przeszedł do BRE Banku – kontrolowanego przez niemiecki Commerzbank – gdzie został wiceprezesem, a dwa lata później prezesem. Kierowany przez niego do 2004 r. BRE Bank został akcjonariuszem ITI, dzięki czemu już w 1999 r. znalazł się on we władzach tej spółki. W latach 2004-2007 Kostrzewa był prezesem Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej, zaś od 2007 jest wiceprezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych “Lewiatan”, którą kieruje Henryka Bochniarz (notabene zasiadająca niegdyś w pierwszym składzie Rady Nadzorczej TVN).
W Radzie Nadzorczej TVN, której przewodniczy obecnie Kostrzewa, zasiada m.in. Aldona Wejchert, wdowa po współzałożycielu stacji. Z kolei syn zmarłego, Jan Łukasz Wejchert (rocznik 1973), od 2004 r. kieruje spółką Onet.pl, zaś od 2006 r. jest wiceprezesem TVN. Natomiast syn drugiego z “ojców-założycieli” tego przedsięwzięcia, Piotr Walter (rocznik 1967), w latach 2001-2009 był prezesem TVN, obecnie jest wiceprezesem i dyrektorem generalnym stacji. Jego młodsza siostra, Sandra Nowak, także zasiadała w Radzie Nadzorczej TVN.
Członkami Rady Nadzorczej są obecnie również Paweł Gricuk i Wiesław Rozłucki. Ten pierwszy był studentem Marka Belki w Łodzi i gdy jego profesor został premierem, przeforsował kandydaturę Gricuka na prezesa PKN Orlen (wcześniej Gricuk był dyrektorem polskiego przedstawicielstwa banku JP Morgan Chase, w którym Belka swego czasu był doradcą). Natomiast Rozłucki to pierwszy prezes Giełdy Papierów Wartościowych (w latach 1991-2006), którą zakładał na polecenie ówczesnego ministra Janusza Lewandowskiego. Jego obecność w radzie bez wątpienia ma związek z faktem, iż od grudnia 2004 r. akcje spółki TVN notowane są na warszawskiej giełdzie. Warto przy tym dodać, że Rozłucki zasiada także w innych radach nadzorczych: Telekomunikacji Polskiej i banku BPH (gdzie jest przewodniczącym), pracuje również jako doradca firm Rothschild Polska oraz Warburg Pincus International.



Od dyrektorów do prezenterów
Człowiekiem bezpośrednio odpowiedzialnym za to, co codziennie dociera do widzów, jest dyrektor programowy TVN Edward Miszczak. Pełni tę funkcję niemal od początku istnienia stacji, bo od roku 1998, wcześniej zaś pracował w krakowskim radiu RMF FM, gdzie doszedł do stanowiska wiceprezesa. Z kolei w TVN24 najważniejszy jest Adam Pieczyński, który tworzył ten kanał informacyjny w 2001 r. i kieruje nim do dziś (wcześniej był m.in. wicedyrektorem programów informacyjnych Polskiego Radia i szef “Wiadomości” TVP). Żoną Pieczyńskiego jest o 17 lat od niego młodsza Justyna Pochanke, obecnie najważniejsza prezenterka “Faktów” TVN i całego kanału TVN24 (ona z kolei wywodzi się z Radia “Zet”).
Czołowe tematy polityczne w “Faktach” prezentuje Katarzyna Kolenda-Zaleska, w latach 1993-2003 czołowa reporterka “Wiadomości” TVP, wcześniej pisząca m.in. w “Gazecie Krakowskiej”, gdzie zaraz po obaleniu rządu Jana Olszewskiego gromiła zwolenników lustracji i domagała się, by “prokuratura i organa ścigania bezwzględnie występowały przeciwko tym, którzy rzucają pomówienia”. Dziś w podobnym stylu pisuje felietony do “Gazety Wyborczej”, poświęcone, rzecz jasna, głównie walce z PiS. Nie powinno to jednak dziwić, skoro jej ojciec, prof. Zygmunt Kolenda z AGH, był pierwszym przewodniczącym Platformy Obywatelskiej w Krakowie, a w 1989 r. kierował tamtejszym Komitetem Obywatelskim, który wystawił w wyborach kontraktowych głównie kandydatów z kręgu “Tygodnika Powszechnego” (później tworzących Unię Demokratyczną).
Spod Wawelu wywodzi się również Grzegorz Miecugow, współtwórca “Faktów” (wraz z Tomaszem Lisem, który później odszedł z TVN), obecnie zaś szef wydawców w TVN24, a także gospodarz programu “Szkło kontaktowe”, który swego czasu Ludwik Dorn trafnie uznał za sztandarowy przykład mentalności “wykształciuchów”. Zdaniem Dorna, “w wypowiedziach telewidzów poziom niechęci, agresji, braku taktu i kultury jest taki, że gdyby z innym znakiem towarowym takie wypowiedzi pojawiały się i były dopuszczane w Radiu Maryja albo TV Trwam, to rozległby się wrzask na całą Polskę i trzy czwarte Europy. W subkulturze wykształciuchów jest na przykład dopuszczalne naśmiewanie się z ministra Gosiewskiego, który ma genetyczną wadę w budowie ciała. To jest dopuszczalne, wolno z tego szydzić! Z tymi ludźmi nigdy nie nawiążę kontaktu” (“Dziennik”, 26-27.08.2006 r.).
Dodajmy, że tę “wykształciuchowską” mentalność Grzegorz Miecugow najwyraźniej odziedziczył po ojcu, Brunonie, znanym krakowskim dziennikarzu i pisarzu, który w lutym 1953 r. należał do grona sygnatariuszy rezolucji tamtejszego Związku Literatów Polskich, wyrażającej poparcie dla stalinowskich władz PRL po skazaniu na karę śmierci w sfingowanym procesie grupy księży z kurii krakowskiej (obok niego rezolucję podpisali m.in. Wisława Szymborska i Sławomir Mrożek).


Dziennikarze z korzeniami
Od wielu lat jedną z “twarzy” TVN24 jest Andrzej Morozowski, obecnie posiadający tam stały program “Tak jest”, w którym lansuje m.in. osobę eurodeputowanego Michała Kamińskiego z PJN (oczywiście jako krytyka PiS). Wcześniej Morozowski (wraz z Tomaszem Sekielskim) prowadził program “Teraz my!”, gdzie we wrześniu 2006 r. przeprowadzono głośną antyPiSowską prowokację w pokoju sejmowym posłanki Renaty Beger. A swego czasu ten sam dziennikarz w specyficzny sposób wpisał się w dyskusję nad rezolucją Parlamentu Europejskiego oskarżającą Polskę o “nietolerancję i ksenofobię”: “Jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia. (...) Pewno sam bym o moim pochodzeniu zapomniał, gdyby nie strach. Gdy byłem dzieckiem, moi rodzice ukrywali przede mną, że ojciec jest Żydem. Dowiedziałem się o tym w 1968 roku, gdy moich rodziców i ich znajomych żydowskiego pochodzenia zaczęto traktować inaczej niż pozostałych. Wiele przyszywanych ciotek i wujków wtedy wyjechało. My zostaliśmy. Ale od tamtej pory zawsze trochę się boję. Czy ’68 aby się nie powtórzy. (...) Piszę o tym, aby pokazać, że w Polsce antysemityzmu niby nie ma, ale wciąż jest strach przed głośnym przyznaniem się do żydowskich korzeni. (...) Może ta rezolucja przyczyni się do wypalenia resztek nietolerancji, jaka jeszcze w Polsce istnieje” (“Gazeta Wyborcza”, 19.06.2006 r.).
Morozowski to nie jedyny dziennikarz o żydowskich korzeniach, którego lansuje TVN. Ostatnio zdecydowanie ważniejszą rolę odgrywa Marcin Meller, syn byłego szefa MSZ Stefana Mellera (wywodzącego się z rodziny żydowskich komunistów). Młody Meller, który od 2003 r. kieruje polską edycją “Playboya”, w TVN pojawia się znacznie dłużej: początkowo prowadził reality show “Agent” (gdzie wylansowano postać późniejszego posła SLD Bartosza Arłukowicza), potem był współgospodarzem magazynu “Dzień Dobry TVN”, natomiast od dwóch lat ma własny program “Drugie śniadanie mistrzów”. Ostatnio gościł tam Donalda Tuska, co było reakcją premiera na internetową deklarację Mellera, że nie będzie już więcej głosował na PO. Jednak “wojenka” tego dziennikarza z Platformą to niewinne przekomarzanie się w porównaniu z nienawiścią, jaką żywi on do PiS: niedawno “na złość Kaczyńskiemu” Meller ogłosił, że w spisie powszechnym zadeklaruje narodowość śląską, co od razu podchwycili inni “celebryci”.
Nienawiść do PiS jest zresztą normą wśród dziennikarzy TVN. Nie kryją jej najmłodsi pracownicy tej stacji, np. Jarosław Kuźniar, pochodzący z Dolnego Śląska, gdzie stawiał pierwsze kroki w szybkiej karierze dziennikarskiej, prowadzącej przez radiową “Trójkę” i Radio “Zet” aż do roli jednego z głównych prezenterów w TVN24. Ale i starsi wcale im nie ustępują, o czym świadczy internetowa “twórczość” Jacka Pałasińskiego, “znawcy” spraw międzynarodowych w tej samej redakcji (niegdyś działacza KOR-owskiej opozycji, który w 1981 r. wyjechał do Włoch). Otóż na blogu tego dziennikarza można znaleźć np. porównanie polityki braci Kaczyńskich i minister Anny Fotygi do rządów Kaddafiego w Libii: “to jest towarzystwo z tej samej operetki. W światowej widowni ta operetka wzbudza podobne uśmieszki”. Albo ostatni wpis, w którym komentuje informację, że “partia Rozróba i Awantura” wybiera się na beatyfikację Jana Pawła II: “Papież był przeciw karze śmierci, liderzy i działacze tej partii za. Papież był za wstąpieniem Polski do UE, liderzy i działacze tej partii przeciw. Papież chciał na całym świecie budować Kościół Miłosierdzia, działacze i liderzy tej partii nie wychodzą z kościoła nienawiści. Uzasadnione są więc obawy, że zechcą zwłokami papieża uderzyć Polaków w twarz, tak jak biją ich zwłokami Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 ofiar antyrządowej wyprawy do Katynia”.



Błąd kardynała?
Skoro jesteśmy już przy beatyfikacji, to warto przypomnieć, że w lutym br. kardynał Stanisław Dziwisz w świetle kamery przekazał na ręce dziennikarza TVN24 medalion z relikwiami zmarłego papieża jako dar dla rannego w wypadku Roberta Kubicy. Tym zdumiewającym gestem metropolita krakowski, chcąc nie chcąc, nobilitował stację telewizyjną, której jednak bardzo daleko do katolickich zasad moralnych. Najdobitniej świadczy o tym fakt, iż obecny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jan Dworak (który nie jest przecież wojującym przedstawicielem katolickiej prawicy) zdecydował się ostatnio nałożyć na TVN karę w wysokości 300 tys. zł za złamanie przepisów ustawy medialnej w zakresie ochrony małoletnich: chodziło o emisję o godzinie 16.00 programu z cyklu “Rozmowy w toku”, gdzie młode kobiety bezceremonialnie opowiadały o swoim życiu seksualnym.
Ale sprawa, na którą słusznie zareagował Dworak, to tylko wierzchołek góry lodowej. TVN od początku swojej działalności stara się przełamywać tradycyjne normy obyczajowe – m.in. poprzez takie programy, jak “Big Brother” (trzy edycje w latach 2001-2002 – notabene zwycięzca pierwszej z nich, Janusz Dzięcioł, jest dziś posłem PO) czy autorski talk-show Kuby Wojewódzkiego, który jest wyjątkowym połączeniem głupoty i chamstwa (charakterystyczne, że Wojewódzki doradzał sztabowi Platformy przed wyborami w 2007 r.). Ta sama stacja wylansowała postać Janusza Palikota, który dziś propaguje prostacki antyklerykalizm, zaś w 2000 r. wstrzymała emisję sławetnego materiału ukazującego przedrzeźnianie gestów papieża Jana Pawła II przez Marka Siwca i Aleksandra Kwaśniewskiego podczas ich pobytu w Kaliszu w 1997 r. (co oczywiście należy łączyć z nieskrywaną zażyłością między rodzinami Walterów i Kwaśniewskich). Czyżby więc kardynał Dziwisz nie wiedział, co robi? A może swoim gestem chciał wesprzeć właścicieli “Tygodnika Powszechnego” i kanału Religia.tv, którym kieruje ks. Kazimierz Sowa z jego archidiecezji (notabene brat marszałka województwa małopolskiego z ramienia PO, Marka Sowy)?




Paweł Siergiejczyk, członek OW KSD


Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" z 19 kwietnia 2011




artykuły publikowane na łamach Serwis21 reprezentują punkt widzenia autorów i niekoniecznie odzwierciedlają punkt widzenia redakcji.

7 maja 2011

Jarosław Kaczyński: Niemcy sobie z nas kpią, Rosja sobie z nas kpi

Na świecie zauważono, że jesteśmy jak pochyła wierzba; Niemcy sobie z nas kpią, Rosja sobie z nas kpi - tak polską pozycję międzynarodową ocenił prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem brak jest nam sukcesów, długa jest natomiast „ewidencja przegranych”.

„Jeśli chodzi o nasze relacje z Unią Europejską jako całością, Niemcami, Rosją, innymi krajami, to ewidencja przegranych czy wręcz upokorzeń jest bardzo długa. Ewidencja sukcesów - praktycznie nie zawiera ani jednego punktu” - powiedział szef PiS na sobotnim briefingu prasowym.

„Jesteśmy po prostu ogrywani. A w tej chwili na świecie zauważono, że jesteśmy pochyłą wierzbą, wiadomo, na nią każda koza wskakuje. Już teraz mamy nowe roszczenia, państwowe roszczenia ze strony Izraela. I to będą konsekwencje takiej polityki” - ocenił szef PiS.

Przyznał jednak, że „w jednym miejscu UE nam pomogła - uniemożliwiła podpisanie już zupełnie skandalicznego porozumienia ws. gazu”. Jego zdaniem, obecna umowa jest bardzo niekorzystna, ale Unia ochroniła nas przed sytuacją znacznie gorszą.

W październiku Polska i Rosja podpisały porozumienie ws. zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Polski o ok. 2 mld m sześc. rocznie (Unia postawiła warunek niezależności operatorów gazociągów).

„Wszędzie indziej przegrywamy, przegrywamy, przegrywamy. Niemcy sobie z nas kpią, Rosja sobie z nas kpi. W UE nie uzyskujemy niczego” - mówił Jarosław Kaczyński. Według niego to, że Jerzy Buzek został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, „to jest najmniej, co mogliśmy dostać - bo wiadomo, że nowa Europa musi coś dostać”.„Niestety wiem, że bardzo duża część społeczeństwa tego nie zauważa, ale to nie jest wina społeczeństwa, to jest wina mediów” - dodał.

W ocenie szefa PiS, polska prezydencja „z całą pewnością będzie niczym innym jak częścią kampanii wyborczej”.

„To wszystko, co będzie tam czynione, to będzie próba wmówienia społeczeństwu, że Donald Tusk pokazuje się - a to wynika po prostu z przepisów unijnych, że się będzie pokazywał - z najważniejszymi politykami Europy, a być może czasami też z najważniejszymi politykami świata i że (w związku z tym) Polska ma znakomitą pozycję”.

(źródło PAP)

6 maja 2011

Tusk zamknął dwa najbezpieczniejsze stadiony w Polsce

Premier Tusk postanowił zamknąć dwa najbezpieczniejsze w Polsce stadiony - Lecha Poznań i Legii Warszawa. Tak się składa, że ich kibice należą do najbardziej zaangażowanych w działania patriotyczne i w krytykę rządu. Pretekstem ma być bijatyka w Bydgoszczy. Tyle że jakieś 99 proc. winy za to, iż do niej doszło, ponosi firma Zubrzycki, zarabiająca miliony dzięki Platformie Obywatelskiej.
W przeddzień finału Pucharu Polski w Bydgoszczy rozmawiałem z mecenasem Andrzejem Pleszkunem ze stowarzyszenia „Wiara Lecha” i Wojciechem Wiśniewskim ze Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa. Temat rozmów był ten sam: po internecie krążyła dość wiarygodnie brzmiąca informacja, że władza szykuje prowokację przeciwko kibicom. Obaj głowili się, jak z tą informacją przebić się do tysięcy zwykłych poznaniaków i warszawiaków jadących do Bydgoszczy.
Równolegle przed meczem policja ogłosiła, że jest przeciwna jego organizacji z racji na zagrożenie dla bezpieczeństwa na nieprzystosowanym do takich widowisk II-ligowym stadionie. O zagrożeniu w histerycznym tonie rozpisywały się też prorządowe media.



Prowokacja bydgoska
To, że wydarzenia bydgoskie były prowokacją władzy, nie ulega wątpliwości dla nikogo, kto zna przebieg wydarzeń.
Jak władza zareagowała na rzekome gigantyczne zagrożenia, publicznie opisywane przez rządowe służby? Podczas meczu na murawie pojawiło się zaledwie... kilkudziesięciu ochroniarzy z firmy Zubrzycki. Jeśli władza wierzyła własnej policji, było to zachowanie kompletnie nieodpowiedzialne. Trudno je określić inaczej niż głupotę lub – co bardziej prawdopodobne – celowe prowokowanie zajść.
Pomysł, że kilkudziesięciu ochroniarzy może stanowić zaporę na wypadek gdyby 6 tys. kibiców Lecha chciało się pobić z 6 tys. kibiców Legii, to czysty absurd. Gdyby trybuny faktycznie pełne były chuliganów, jak opisuje to „Gazeta Wyborcza”, mecz nie zdążyłby się rozpocząć, a boisko stało by się terenem batalistycznych scen bitewnych.




Stadiony bezpieczne jak nigdy
Tymczasem do niczego takiego nie doszło. Przez cały czas trwania meczu kibice obu drużyn w spokoju prowadzili doping, w tym skandowali hasła krytykujące rząd Tuska i media.
Jak to możliwe? Kampania „GW” nie ma żadnego oparcia w faktach. Stan bezpieczeństwa na stadionach w ostatnich latach nieporównywalnie poprawił się. Stało się za sprawą kibicowskich stowarzyszeń, dzięki którym kibice zajęli się działaniami patriotycznymi, antykomunistycznymi oraz na rzecz społeczności lokalnych. Stali się oni najważniejszym oddolnym ruchem wyrażającym aktywność młodych Polaków.
Kibice organizowali się z dala od partii politycznych, jednak reaktywowanie przez nich patriotycznych tradycji zostało właśnie z powodów politycznych zaatakowane. Rządząca partia oraz gazeta Adama Michnika uznały ich środowisko za groźną wylęgarnię postaw politycznie niepoprawnych. Kibice zaczęli być przez nie zwalczani, na co odpowiedzieli transparentami wyśmiewającymi puste obietnice rządu i kłamstwa „GW”.
Że aktywność patriotyczna kibiców współgrała z poprawą bezpieczeństwa dowodzą niezbicie dane Komendy Głównej Policji. W 2008 r. policja skierowała 1559 wniosków o ukaranie uczestników imprez masowych za popełnienie wykroczenia. W 2010 r. - zaledwie 505. Podobnie rzeczy wygląda jeśli chodzi o zarzuty popełnienia przestępstwa: 2008 – 757, 2010 – 328. Nie inaczej sytuacja kształtuje się, gdy chodzi o liczbę zatrzymanych: 2008 – 2166, 2010 – 961. Tak wielkiego sukcesu nie odniósł nigdy żaden polityk czy rząd.



Ochroniarze jak tyczki
Nie oznacza to rzecz jasna, że kibice stali się z tego powodu aniołkami. To, że liczba incydentów błyskawicznie zmalała o 56 proc, nie oznacza, że nie ma ich wcale. Stadiony nigdzie na świecie nie przypominają filharmonii. Naiwnością byłoby twierdzić, że 6 tys. kibiców Lecha i Legii można zostawić ze sobą sam na sam i być pewnym, że nie dojdzie do żadnych incydentów.
Słownik Władysława Kopalińskiego określa prowokację jako podstępne podpuszczanie kogoś do szkodliwych dla niego (lub dla osób trzecich) działań. Prowokujący wykorzystuje dla swych celów takie cechy wroga, sprzyjają jego celom. Tak postąpili organizatorzy meczu w Bydgoszczy.
Mecz zakończył się remisem, po nim przyszedł czas na dogrywkę i rzuty karne. Dla każdego specjalisty od zabezpieczenia meczu nie ulega wątpliwości, że to moment wyzwalający największe emocje. Za chwilę 6 tys. ludzi przeżyje euforię, zaś drugie 6 tys. złość. Ochrona powinna w tej sytuacji zmobilizować wszystkie siły.
Tymczasem liczba ochroniarzy firmy Zubrzycki na boisku wzrosła nieznacznie i nadal była śmiesznie nieliczna. O wszystkim zdecydować miał ostatni rzut karny. Przed nim część kibiców Legii bez problemu wbiegła na płytę stadionu. Jak zareagowali nieliczni ochroniarze? Stali jak tyczki, czym dali znać kibicom, którzy patrzyli na nich z trybun, że akceptują na ich wbiegnięcie na murawę.
Wbieganie na murawę po zdobyciu mistrzostwa czy pucharu ma w Polsce długą tradycję. Bywało, że policja lub ochrona je uniemożliwiała. Ale było i tak, że – formalnie lub nie - wyrażała na to zgodę. Także niżej podpisany świętował niegdyś zdobycie mistrzostwa Polski przez Lecha Poznań wraz z tłumem kibiców na murawie. Co pokazane zostało w mediach jako dowód piękna piłki nożnej i wyzwalanych przez nią emocji.



Tusku, ratuj!
Jest jedno „ale”: dowódcy odpowiedzialni za bezpieczeństwo na meczu nie mogą dopuścić do świętowania na murawie, jeśli oznacza to wejście świętujących w bezpośredni fizyczny kontakt z tymi, którzy akurat rozzłoszczeni są porażką. To elementarz.
Nawet jeśli 90 proc. kibiców będzie w tym momencie świętować lub smucić się w spokoju, to i tak ze strony choćby znikomej mniejszości padną wrogie okrzyki, a za nimi może dojść do rękoczynów.
Dowodzący ochroniarzami Zubrzyckiego Krzysztof Grochocki doskonale o tym wiedział, bo odpowiadał za zabezpieczenie wielu podobnych imprez masowych. Tymczasem jego pracownicy nie przeszkodzili najmniejszym stopniu w wejściu kibiców na murawę. Nie wahali się nawet narazić przez to bezpieczeństwa piłkarzy.
Wbrew intencjom prowokatorów zdecydowana większość kibiców została na trybunach. Doszło tylko do niewielkiej bójki. Wtedy na murawę wkroczyła policja – strzelając do agresywnych i nieagresywnych z broni gładkolufowej, co wywołało rzucanie różnymi przedmiotami w nią samą.
Moment wręczania pucharu wyglądał więc jak przygotowany przez rządowych spindoktorów: piłkarze odbierali puchar pomiędzy szpalerami ochroniarzy, a przeciętny widz miał dowiedzieć się, że oto tysiące bandytów wywołały gigantyczną awanturę. „Nie ustąpimy ani na krok” – odpowiada na konferencji prasowej z 4 maja Donald Tusk. Potem podlegli rządowi wojewodowie zamykają stadiony w Poznaniu i Warszawie. To na nich pojawiały się wielkie napisy „Szechter przeproś za ojca i brata” oraz „Gówno prawda” (przypominający logo „GW”).



Ile wykonawcy prowokacji zarobili z kieszeni podatników?
Kim są wykonawcy bydgoskiej prowokacji? Jest nią firma ochroniarska Zubrzycki. Dodajmy, że tak naprawdę istnieją dwie firmy z „Zubrzyckim” w nazwie, mieszczące się pod tym samym adresem.
Tak się składa, że Zubrzycki cieszy się szczególnymi względami dwóch sił: postkomunistyczno-esbeckiego betonu z PZPN, który był organizatorem meczu, oraz Platformy Obywatelskiej, a w szczególności wywodzącej się z tej partii prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz.
W 2009 r. ochroniarze z Zubrzyckiego pacyfikowali kupców z warszawskiego KDT. W wyniku ataku „ochroniarzy”, który nie miał nic wspólnego z zakresem uprawnień przysługujących firmom ochroniarskim, rannych zostało 40 osób. Niektóre z nich mają zrujnowane zdrowie do dziś.
Nawet MSWiA postanowiło wówczas zareagować – wystąpiło o odebranie Zubrzyckiemu koncesji. Ale wkrótce okazało się, że istnieją dwie firmy o tej nazwie, z których jedna twierdzi, że nie miała z pacyfikacją nic wspólnego.
Po pacyfikacji KDT okazało się, że współpraca z warszawskim ratuszem stała się dla Zubrzyckiego bardzo opłacalna. W grudniu 2009 r. urzędnicy Gronkiewicz-Waltz wynajęli tę firmę do ochrony imprezy sylwestrowej na Placu Konstytucji, przelewając na jej konto 310 tys. zł. Po tragedii smoleńskiej Zubrzycki ustawiał i demontował płotki podczas żałobnych uroczystości, za co dostał 130 tys. zł.
„Superexpress” pisał o zarobkach Zubrzyckiego za ochronę osób i mienia w placówkach Domu Kultury Włochy (115 tys. zł), ochronę Targowiska Banacha (530 tys. zł), ochronę i usługi portierskie w SP nr 342 im. Jana Marcina Szancera (72 tys. zł).
Niezwykle intratny kontrakt jedna z firm „Zubrzyckim” w nazwie zawarła kilka miesięcy temu – w grudnia 2010 r. Za ochronę obiektów i pasażerów komunikacji miejskiej zarobi około 2,4 mln zł.
Piotr Lisiewicz


(źródło Niezalezna.pl)