30 grudnia 2017

Nie dla gender w sporcie

Ponad rok temu alarmowaliśmy w sprawie coraz poważniejszego problemu związanego z ideologią gender w sporcie. Niestety, przepisy Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nadal pozwalają na to, aby mężczyzna mógł startowć w kobiecej konkurencji, jeśli poziom jego testosteronu przez ostatnich 12 miesięcy nie przekracza 10 nanomoli na litr. Kolejnym przejawem ideologii gender w sporcie były grudniowe mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów.

Z wspomnianego "przepisu" skorzytał ostatnio obywatel Nowej Zelandii, który na mistrzostwach świata w chorwackim Splicie kilka tygodni temu w żeńskiej kategorii wagowej +90 kg zdobył mistrzostwo świata. Laurel (wcześniejsze męskie imię: Gavin) Hubbard pochodzi z Nowej Zelandii. Wcześniej, jako mężczyzna, trenował podnoszenie ciężarów. 

Protestujący przeciwko przepisom MKOL podnoszą nie tylko fakt ideologizacji sportu, ale również to, że męskie treningi podnoszenia ciężarów pozwalają na trenowanie ze znacznie większymi obciążeniami niż kobiece, co sprawiło, że zawodnik ten mógł nabrać większej masy mięśniowej niż kobiety trenujące na zasadach treningów kobiecych.

Zachęcamy do podpisania petycji przeciwko gender w sporcie, adresowanej do Członków Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Ewa Senkowska z Zespołem CitizenGO

29 grudnia 2017

W Sieradzu ulgę komunikacyjną mają działacze nielegalnych organizacji, a nie opozycji antykomunistycznej

W mediach społecznościowych (ostatnio na stronach Komitetu Społecznego "Solidarni - Toruń. Pamięta") pojawia się informacja jakoby w Sieradzu działacze opozycji antykomunistycznej i osoby represjonowane z powodów politycznych mieli uprawnienia do bezpłatnej komunikacji miejskiej. Otóż informacja ta jest mylna.

13 września br. Rada Miasta Sieradz przyznała uprawnienia do ulgowej 50% komunikacji miejskiej osobom które świadczyły pracę po 1956 r. na rzecz organizacji politycznych i związków zawodowych, nielegalnych w rozumieniu przepisów obowiązujących do kwietnia 1989 r. lub które nie wykonywały pracy w okresie przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych. Dokumentem uprawniającym do ulgi jest decyzja Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych wydanym na podstawie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. 

Podobnie jak ulga dla kombatantów i osób represjonowanych (status wydany na podstawie ustawy o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego), powyższe uprawnienie nie obejmuje osób mających status działaczy opozycji antykomunistycznej i osób represjonowanych z powodów politycznych. 

Przepisy taryfowe - http://www.mpksieradz.pl/abc.php

28 grudnia 2017

Prezydent Ełku przyznał ulgę komunikacyjną dla działaczy nielegalnych organizacji z lat 1956-89

Kolejny sukces Stowarzyszenia Walczących o Niepodległość. Największe miasto na Mazurach  - Ełk dołączyło do listy miast, które przyznało ulgę komunikacyjną dla działaczy nielegalnych organizacji. 4 grudnia Prezydent Miasta Tomasz Andruszkiewicz zmienił zarządzenie ws. ustalenia osób uprawnionych do bezpłatnych oraz ulgowych przejazdów środkami lokalnego transportu zbiorowego na terenie miasta i gminy Ełk oraz gminy Stare Juchy, poprzez uwzględnienie 50% ulgi dla osób świadczących pracę po 1956 r. na rzecz organizacji politycznych i związków zawodowych nielegalnych w rozumieniu przepisów obowiązujących do kwietnia 1989 r. oraz osób, które nie wykonywały pracę w okresie przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych. Uprawnienie nie obejmuje osób mających status działacza opozycji antykomunistycznej lub osoby represjonowanej z powodów politycznych.

Uprawnienie ma wymiar symboliczny i będzie dotyczyć, uwzględniając zasadę proporcjonalności, kilka, docelowo co najwyżej kilkanaście osób.


27 grudnia 2017

Ulgi komunikacyjne - jednym i drugim weteranom bez rozgraniczenia

Stowarzyszenie Walczących o Niepodległość 1956-89 wystąpiło do ok. 90 miast w Polsce o zrównanie praw kombatantów i weteranów o niepodległość z lat 1956-89. Wprawdzie petycje Stowarzyszenia dotyczą tylko osób, które świadczyły pracę po 1956 r. na rzecz organizacji politycznych i związków zawodowych, nielegalnych w rozumieniu przepisów obowiązujących do kwietnia 1989 r. lub które nie wykonywały pracy w okresie przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych, jednakże w ich wyniku, zważywszy argumentację zawarta w petycji o równości wszystkich weteranów, uprawnienia otrzymują także działacze opozycji antykomunistycznej. 

Tak było w Koninie (darmowe) w Grodzisku Mazowieckim (50%) a ostatnio w Olsztynie (50%) i w Stargardzie Szczecińskim (darmowe). Inne Miasta, które wcześniej przyznały uprawnienia osobom mający status działaczy opozycji antykomunistycznej, również postanowiły zrównać w prawach wszystkich weteranów bez względu na rodzaj uzyskiwanej decyzji. Tak uczyniły to Warszawa (50%), Wałbrzych czy Lublin (darmowe). Z kolei Gdańsk, Gdynia, Górnośląskiego Okręgu Przemysłowy, Gorzów Wielkopolski - potraktowali weteranów z lat 1956-89 tak samo, odmawiając uprawnienia i dla jednych i  dla drugich.

Akcja trwa, a kolejne miasta zapowiadają przyznanie uprawnień.


26 grudnia 2017

W Toruniu jedni weterani z lat 1956-89 z ulgą komunikacyjną, a drudzy bez?

Na najbliższej 45 sesji Rady Miasta Toruń zostanie przedstawiony projekt uchwały wprowadzający ulgowe przejazdy komunikacją miejską w Toruniu dla działaczy opozycji antykomunistycznej i osób represjonowanych z powodów politycznych. - Jak poinformował zastępca prezydenta Torunia Zbigniew Federewicz - Projekt uchwały przedstawiony zostanie na wniosek Prezesa Społecznego Komitetu „Solidarni – Toruń pamięta” p. Jana Wyrowińskiego. W uzasadnieniu uchwały stwierdzono cyt. Brak jest obiektywnych przesłanek do rozgraniczania weteranów walk o niepodległość w zależności od sposobu prowadzenia tej walki czy uprzywilejowania osób prowadzących działalność w latach 1956-1989... Skoro kombatanci mają prawo do ulgowych przejazdów w komunikacji miejskiej, takie samo powinno przysługiwać także osobom, o których mowa na wstępie.

Nieuchronnie nasuwa się pytanie: Czy władze miasta Torunia poważnie traktują swoje rozstrzygnięcia i uzasadnienia? 5 września br Komisja Gospodarki Komunalnej, Inicjatyw Społecznych i Gospodarczych Rady Miasta Torunia w związku z negatywną opinią Prezydenta Miasta z 21 sierpnia 2017 r. oddaliła petycję Stowarzyszenia Walczących o Niepodległość 1956-89 ws. przyznania ulg dla działaczy nielegalnych organizacji z czasów PRL (tzw. świadczącymi pracę). W uzasadnieniu uchwały Komisji nr 2/2017 stwierdzono, że Od wielu lat wpływy ze sprzedaży biletów nie wystarczają na pokrycie kosztów utrzymania komunikacji miejskiej, co powoduje konieczność coraz większego, z roku na rok, jej dotowania z budżetu Miasta, ograniczając tym samym wydatki na inne ważne dziedziny życia społecznego... ewentualnie poszerzenie uprawnień do korzystania z ulgowych przejazdów dla wskazanej grupy osób musiałoby się odbyć kosztem pozostałych pasażerów, dla których należałoby przenieść ciężar tej ulgi.... Dodajmy iż osób, które świadczyły pracę po 1956 r. w organizacjach związkowych i politycznych nielegalnych w rozumieniu przepisów do kwietnia 1989 r. lub które nie wykonywały pracy w okresie przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych jest kilka razy mniej niż osób mających status działaczy opozycji antykomunistycznej.

Otóż być może wyjaśnienie sprawy leży w osobie wnioskodawcy. Jan Wyrowiński z Komitetu Społecznego "Solidarni - Toruń pamięta" to były senator PO. Natomiast Stowarzyszenie Walczących o Niepodległość 1956-89 to organizacja prawicowa, która upomina się od wielu lat o równość weteranów. Gdyby tak było, oznaczałoby to że rozstrzygnięcia i uzasadnienia w Toruniu są podejmowane nie ze względu na interes publiczny, ale na partykularne prywatne interesy polityczne. Jeżeli zaś władze Torunia po ponownym przeanalizowaniu uznały racjonalność argumentacji Stowarzyszenia dotyczącą równości weteranów z lat 1956-89 i kombatantów (jak wskazuje treść uzasadnienia uchwały), to nie sposób zrozumieć dlaczego same dokonują rozgraniczenia pomiędzy weteranów z lat 1956-89, skoro jednym przyznają a drugim - nie. Gwoli ścisłości dodajmy, iż w samorządach istnieje rzeczywisty brak orientacji w kwestii relacji pomiędzy działaczami opozycji antykomunistycznej a tzw. osobami świadczącymi pracę w nielegalnych organizacjach z czasów PRL. To samo i nie to samo.

23 grudnia Stowarzyszenie Walczących o Niepodległość 1956-89 przesłał nową petycję do radnych i Biura Miasta, z postulatem uzupełnienia uchwały (druk 958) lub przyjęcia dodatkowej uchwały przyznającej uprawnienia dla pominiętych weteranów. Czy władze Torunia tym razem uwzględnią petycję?

25 grudnia 2017

Niepełnosprawny murzyn skazany przez polski Sąd za antyaborcyjny banner

Bawer Aondo-Akaa jest jednym z najbardziej aktywnych wolontariuszy Fundacji Pro Prawo do Życia. Od dziecka jest niepełnosprawny i porusza się wyłącznie na wózku z pomocą drugiej osoby. Z powodu swojego zaangażowania w obronę życia padł ofiarą zwolenników aborcji, którzy zaczęli atakować go w internecie. Komentarze, które zobaczył, były wyjątkowo nieludzkie:
„Ze swoim deficytem jaką z punktu widzenia natury stanowisz wartość dla gatunku? (…) jesteś wyłącznie ciężarem – stanowisz wrzód na d*pie stada, bo trzeba Cię karmić, chronić, a pożytku z Ciebie tyle, ile wyprodukujesz nawozu.”
Zwolennicy aborcji nie poprzestali na słowach. W wyniku ich nagonki Bawer… został skazany przed sąd!

Niepełnosprawny wolontariusz był jednym z głównych koordynatorów akcji billboardowej w Zakopanem, którą organizowała Fundacja w wakacje tego roku. Dzięki pomocy Darczyńców, powieszono na wjeździe do miasta ogromne plakaty pokazujące prawdę o aborcji. Aborcjoniści nie mogli tego znieść i rozpoczęli kampanię donosów policyjno-sądowych.

Sąd skazał Bawera na karę 3000 zł grzywny za… wywołanie zgorszenia w miejscu publicznym, poprzez zawieszenie antyaborcyjnego banneru. Będzie odwołanie od tego wyroku. Dla Bawera oznacza to kolejne podróże, przesłuchania i procesy, na które będzie zmuszony docierać na wózku.

To jednak nie złamało jego ducha. W kilka dni po ogłoszeniu wyroku Bawer zaangażował się w kolejną akcję w Zakopanem. Tym razem wolontariuszom udało się dotrzeć do idealnego miejsca reklamowego na zimę. To bardzo duży billboard tuż naprzeciwko Polany Szymoszkowej, bardzo popularnego i obleganego ośrodka narciarskiego.

23 grudnia 2017

Dość homoseksualnych wątków w bajkach Disneya!

Żyjemy w czasach, gdy Rodzice nie mogą już swobodnie pozwolić dzieciom na oglądanie bajek bez wcześniejszego upewnienia się, że nie zawierają one groźnych dla nich treści. Niektórzy Rodzice całkowicie rezygnują z pokazywania dzieciom bajek, żeby uniknąć związanych z tym zagrożeń. 

Jest rozczarowujące, że wielka wytwórnia filmów dla dzieci, Disney, pozwoliła sobie na homoseksualną propagandę na swoim kanale Disney Channel. Rzecz dotyczy serialu Andi Mack. W jednym z odcinków 13-letnia postać "zdaje sobie sprawę", że jest gejem i przekazuje tę informację swoim znajomym, którzy owe wyznanie traktują za naturalne, a nawet za nie oklaskują.

Inny niepokojący epizod miał miejsce w przypadku animowanego serialu "Star Butterfly kontra siły zła". Miała tam miejsca scena pocałunku dwóch mężczyzn, z których jeden był przebrany za księżniczkę.

Te sygnały są niepokojące dla wszystkich Rodziców, którzy nie tylko powinni bardziej czujnie przyglądać się bajkom oglądanym przez swoje dzieci, jak i dać jasny sygnał twórcom Disneya, że nie akceptują wątków homoseksualnych w jego produkcjach.

Zachęcamy do wysłania maila do Disneya, w którym stanowczo sprzeciwiamy się groźnemu dla dzieci ideologizowaniu bajek tej wytwórni.

Liczymy na to, że międzynarodowy sprzeciw rodziców i wszystkich zatroskanych o los dzieci, będzie ważnym sygnałem ostrzegawczym dla tej wytwórni i ograniczy ideologizowanie jej produkcji w przyszłości.

Ewa Senkowska z Zespołem CitizenGO

Nienawiść do Bożego Narodzenia

Poniżej fragment opublikowanej przez wyd. Prohibita książki prof. Grzegorza Kucharczyka „Christianitas - od rozkwitu do kryzysu”. Od czasu jej powstania sytuacja niewiele się zmieniła (tekst za pch24.pl) 

Co łączy siedemnastowiecznych purytanów, współczesny reżim wahabbicki w Arabii Saudyjskiej oraz liberalną „polityczną poprawność”? Najkrótsza odpowiedź: brak tolerancji; brak tolerancji dla obecności symboli chrześcijańskich w przestrzeni publicznej.

Do niedawna to wahabbickie władze Arabii Saudyjskiej dokładały wszelkich starań, by „wolność religijna” muzułmanów nie była w niczym narażona na szwank przez obecność krzyża. Stąd na przykład naciski Rijadu na dyplomatyczne przedstawicielstwa państw skandynawskich w tym kraju, by nie wywieszały przed swoimi siedzibami – co jest normą powszechnie obowiązującą w świecie dyplomatycznym – swoich flag państwowych. „Wadą” tych ostatnich są bowiem (jak długo jeszcze?) krzyże, zajmujące centralne miejsce. Stąd też brały się naciski rządu Arabii Saudyjskiej, by linie lotnicze Swiss Air zrezygnowały z umieszczania na ogonach swoich samolotów państwowego godła Konfederacji Szwajcarskiej (czyli białego krzyża na czerwonym tle).

To, że radykalni islamiści (tj. wahabici) rządzący w „ojczyźnie Proroka” tego się domagali, właściwie nie dziwi. Symptomatyczna była natomiast uległość zarówno rządów państw skandynawskich jak i szwajcarskiego przewoźnika. To zamierzchła historia, z lat 70. i 80. ubiegłego wieku. W naszych czasach wahabbicka wrażliwość w kwestii „wolności religijnej” (czyt. walka z krzyżami) przeszła na Zachód, i wcale nie jest przede wszystkim prezentowana przez rozrastające się populacje muzułmańskie w zachodniej części naszego kontynentu. Póki co nie oddziaływają one skutecznie na sprawowanie władzy. Skutecznie zamiast nich grunt pod przyjście „jedynej Prawdziwej Wiary” przygotowują liberalne elity polityczne i kulturowe oraz tworzone pod ich auspicjami akty prawne.

Jak wiadomo, w Arabii Saudyjskiej zakazane jest noszenie krzyżyków (nawet pod przykryciem) i praktykowanie wiary chrześcijańskiej – czy to poprzez modlitwę, czy lekturę Pisma Świętego w kilkuosobowych grupach – nawet w mieszkaniach prywatnych. Pilnuje tego specjalnie do tego celu stworzona policja religijna.

W 2006 roku pewnej pracownicy zachodnich linii lotniczych zakazano noszenia małego krzyżyka na szyi, grożąc zwolnieniem jej z pracy. Tyle, że rzecz wydarzyła się nie na lotnisku w Rijadzie, ale na londyńskim Heathrow, a zdjęcia krzyża nie domagała się wahabbicka policja religijna lecz władze Biritish Airways. Jak wyjaśniali przedstawiciele BA, decyzja ta podyktowana była „jednolitą polityką firmy, unikającą manifestacji religijnych w strojach swoich pracowników”. Tyle, że władze brytyjskiego przewoźnika unikały jak ognia tylko chrześcijańskich „manifestacji religijnych”. Na przykład muzułmanki – pracownice BA mogły bez problemu nosić chusty na głowie, a pracownikom – Siksom zezwalano na noszenie turbanów - raczej bardziej rzucających się w oczy „manifestacji religijnych”, aniżeli malutki krzyżyk.

Albo sytuacja z 2009 roku. Pewna muzułmanka poskarżyła się władzom, że w hotelu, w którym się zatrzymała została przez chrześcijan „obrażona w swoich uczuciach religijnych”. Władze szybko zareagowały i podejrzani o ten niecny postępek chrześcijanie zostali oskarżeni o „używanie obraźliwych i stwarzających zagrożenie słów”, które były „pod względem religijnym zaogniające”. I tym razem czujność równą irańskim „strażnikom rewolucji” wykazały władze brytyjskie, które postawiły w stan oskarżenia Bena i Sharon Vogelenzang – właścicieli hotelu „Bounty Mouse” w Liverpoolu, za to, że (wedle zeznań wspomnianej muzułmanki) w czasie rozmowy nazwali Mahometa „dowódcą wojskowym” (warlord), a muzułmański strój kobiecy określili „formą zniewolenia”. Za to grozi im grzywna nawet do wysokości 5 tysięcy funtów. W ten sposób działa przyjęte w okresie rządów laburzystowskich (jeszcze pod kierunkiem Tony’ego Blaira) ustawodawstwo przeciw tzw. zbrodniom nienawiści. Używając natomiast sformułowania George’a Orwella, można powiedzieć, że w rzeczywistości chodzi o „zbrodniomyśl”. Prawa deklarujące restrykcje wobec „hate crimes” (tropem Zjednoczonego Królestwa w szybkim tempie podąża Ameryka B. Obamy) są bowiem formą cenzury i prześladowania religijnego wykonywanego przez dominujące wyznanie (czyli liberalny laicyzm) wobec wyznania mniejszościowego (czyli chrześcijan).

Obecnie „islamofobia” obok „homofobii” jest formą narzucania politpoprawnej ideologii oraz kneblowania ust jej krytykom. Nie jest narzucana, jak na razie, przez islamskie sądy koraniczne w Europie Zachodniej, ale przez władze poszczególnych krajów Unii Europejskiej. I to w sytuacji, gdy społeczności muzułmańskie na całym Zachodzie rozrastają się w sensie demograficznym i coraz bardziej radykalizują się.

W grudniu 2012 roku media poinformowały, że imam Yahya Safi z meczetu w australijskim Sydney w ramach pouczenia miejscowych muzułmanów co mają myśleć o Bożym Narodzeniu, obłożył uroczyste upamiętnienie Narodzin Zbawiciela uroczystą klątwą. Od tego stanowiska zaraz odciął się wielki mufti Australii, ale podstawowe pytanie pozostaje: ilu muzułmanów posłucha głosu klątwy rzuconej na chrześcijańskie Boże Narodzenie.

W 1647 roku wódz purytanów Oliver Cromwell, po zwycięstwie nad „papizującą” monarchią Stuartów, zaczął wprowadzać na Wyspach nowe porządki. Między innymi zakazał hucznego obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia, a zwłaszcza towarzyszących im „ekspresjom kapistowskich zabobonów” – jak np. bożonarodzeniowych szopek. Do tej samej kategorii zaliczono zresztą krucyfiksy. Rewolucja purytańska – jak każda rewolucja – doświadczyła tego bolesnego zjawiska, polegającego na niezrozumieniu jej dobroczynnych założeń przez lud. Ten ostatni – jak pokazały już ludowe powstania w okresie Tudorów – jakoś nie chciał odejść od wiary ojców (nazywanej przez purytanów „papistowskimi zabobonami”). Zjawisko było więc bolesne, przede wszystkim dla tych, którzy nie podporządkowali się decyzjom reżimu Cromwella i stawiali na przykład w przydomowych ogródkach betlejemskie szopki albo ustawiali na swoich stołach krucyfiksy. Za to tracili nawet życie.

Swoją niechęć do Świąt Bożego Narodzenia purytanie przenieśli do organizowanego przez siebie osadnictwa w Ameryce Północnej. Wbrew obiegowym twierdzeniom, początki Stanów Zjednoczonych były religijne, żeby nie powiedzieć fundamentalistyczne. Bo na przykład w zdominowanym przez purytanów stanie Massachusetts świętowanie Bożego Narodzenia – czy to w formie wystawiania szopki, czy śpiewania kolęd – było formalnie zakazane w latach 1659 – 1681. W całej „Nowej Anglii” (protestanckie kolonie na północno-wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych) Boże Narodzenie zyskało status oficjalnego święta dopiero w połowie wieku XIX.

Renifer jako laicyzator
W naszych czasach walkę z Bożym Narodzeniem podjął w USA liberalny laicyzm, aspirujący do roli wyznania większościowego (jak niegdyś purytanie w pierwszych koloniach).Co prawda, w porównaniu z zachodnią Europą, gdzie już taki status osiągnął, do tego w Ameryce jeszcze droga daleka – ale poważne próby już są podejmowane. Głównym narzędziem jest tutaj orzecznictwo Sądu Najwyższego USA, który już niejednokrotnie udowodnił, że skutecznie potrafi wytyczać nowe linie sporów politycznych i religijnych (por. orzeczenie z 1963 r. zakazujące modlitw w szkołach publicznych, podobne orzeczenie z 1987 r. zakazujące nawet tzw. minuty ciszy przed zajęciami szkolnymi czy decyzję z 1973 r. w sprawie Roe v. Wade, legalizujące zabijanie nienarodzonych ludzi).

Instygatorem postępowań wymierzonych w Święta Bożego Narodzenia są organizacje wojujących laicyzatorów, w rodzaju American Civil Liberties Union (ACLU) – systematycznie zgłaszających pozwy o naruszenie przez obecność szopki bożonarodzeniowej ich „wolności religijnej” (a właściwie ich wolności od religii).

W 1984 r. amerykański Sąd Najwyższy rozpatrywał pozew wniesiony przeciw miasteczku Pawtucket (Rhode Island), którego władze zezwoliły na wystawienie w centralnym miejscu betlejemskiej szopki. Sąd większością jednego głosu (5 do 4) oddalił pozew, a szopkę uratował fakt, że oprócz Świętej Rodziny zawierała ona również renifera oraz Dziadka Mroza (Santa Claus), których towarzystwo – zdaniem większości składu orzekającego – „w dostateczny sposób zapewniło świecki wymiar szopki”. W ten sposób narodziła się tzw. klauzula renifera, która do tej pory jest obowiązująca w amerykańskim orzecznictwie (czyli szopka może stać w miejscu publicznym, o ile jest zaopatrzona w dodatkowe „świeckie symbole”; taki sposób myślenia stał za kolejnym orzeczeniem Sądu Najwyższego z 1989 roku w sprawie wytoczonej przez ACLU hrabstwu Alleghenny).

Jak Boże Narodzenie stało się Świętem Zimy
Do tworzenia nowej, świeckiej tradycji Świąt Bożego Narodzenia z werwą przystąpiły natomiast – po obu stronach Atlantyku – wielkie sieci handlowe, urzędy pocztowe czy urzędnicy nadzorujący system edukacyjny. W 2006 roku angielska gazeta „Daily Mail” zbadała obecność symboli religijnych obecnych w kartkach świątecznych rozprowadzanych w urzędach pocztowych na obszarze Zjednoczonego Królestwa. Okazało się, że tylko jedna na sto kartek zawiera jakieś religijne przesłanie. Dominuje charakterystyczna nowomowa. Kiedyś na lekcjach języka angielskiego uczyliśmy się, że „Wesołych Świąt” w tym języku to: „Happy Christmas”. Jednak według producentów kartek czy właścicieli takich wielkich sieci handlowych jak Wallmart (USA) – już nie. Zamiast tego upowszechnia się życzenia „Szczęśliwego Grudnia” (Happy December), w sklepach nie sprzedaje się już lampek bożonarodzeniowych (Christmas lights), ale „lampki zimowe” (winter lights), władze miast (jak np. Birmingham) organizują „Święta Zimowe” (Wintervals), a posiadaczom zakupionych na poczcie kartek świątecznych życzy się „Hale a December to Remember” („Byś zapamiętał grudzień”). Zdarzają się również jawne bluźnierstwa. Na przykład w 2006 roku w Wielkiej Brytanii była w obiegu kartka przedstawiająca betlejemskich pasterzy jako ćpunów, którym w narkotycznym widzie ukazał się anioł. Taki „Christmas joke”.

Podobnym „żartem” była prowadzona w grudniu 2013 roku przez restauracje McDonalds we Francji kampania reklamowa, która przebiegała pod hasłem „Ratunku. Boże Narodzenie nadchodzi”. W broszurce reklamowej tej sieci przypominano o tradycyjnych elementach  świętowania Bożego Narodzenia, takich jak „choinka, list do św. Mikołaja, rodzinna kolacja wigilijna, dobre mięso i wino” (zauważmy, że uczestnictwo we Mszy św. w tym katalogu nie znalazło dla siebie miejsca), dodając zaraz, że „można się bez tego wszystkiego obejść”.

Czerwony Kapturek zamiast Dzieciątka Jezus.
Wsparcie dla tworzenia nowej, świeckiej tradycji przyszło również ze strony naukowego establishmentu robiącego kariery naukowe (i finansowe) z rozwijania teorii o tzw. globalnym ociepleniu klimatu (to druga teoria, obok darwinowskiej, która spełnia obecnie rolę uświęconego tabu dla „stada niezależnych umysłów”). W 2008 r. grupa australijskich uczonych zaalarmowała opinię publiczną, że lampki bożonarodzeniowe w niemałym zakresie przyczyniają się do globalnego wzrostu zużycia energii elektryczne.

Innym sposobem obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia bez Boga jest laicyzowanie kolęd czy też betlejemskich szopek. Jak wiemy w przypadku tych ostatnich, w USA jest to formalny nakaz prawny, wywodzący się z obowiązującej wykładni ustalanej przez Sąd Najwyższy. Jednak tego typu zabiegi nie ograniczają się bynajmniej do Ameryki. Na Starym Kontynencie pionierami w laicyzowaniu bożonarodzeniowych kolęd byli narodowi socjaliści w Niemczech. Po 1933 roku kursowała w III Rzeszy przeróbka znanej kolędy „Cicha Noc, Święta Noc” („Stille Nacht, Heilige Nacht”), w której Matkę Bożą zastąpił Führer, a Dzieciątko – „wielki naród niemiecki”. Kolejny przyczynek do zjawiska „liberalnego faszyzmu”, o którym niedawno pisał J. Goldberg; zjawisko, które dzieje się na naszych oczach.

W 2004 roku prasa donosiła, że wiele włoskich szkół (czyt. władze oświatowe) zdecydowały się nie wystawiać tradycyjnych szopek, inne zastępowały słowo „Jezus” w kolędach śpiewanych przez uczniów, innymi „neutralnymi słowami”. Pewna szkoła w Treviso poszła na całość i zastąpiła wystawianie bożonarodzeniowych jasełek, przedstawieniem bajki o Czerwonym Kapturku, bo – jak argumentowały władze szkoły – bajka ta również „reprezentuje walkę dobra ze złem”. Każdy komentarz jest tutaj zbędny.

Laicyzacja choinek i „szokujące” szopki.
W 2012 roku na mocy decyzji socjalistycznego magistratu we francuskim Amiens skasowano tamtejsze „Targi Bożonarodzeniowe”, a zamiast nich będą odtąd „Targi Zimowe”. Lewicowi włodarze miasta tłumaczyli swoją decyzję chęcią respektowania … muzułmańskiej wrażliwości. W tym samym czasie dokładnie w taki sam sposób decyzję o usunięciu z centrum Brukseli tradycyjnej bożonarodzeniowej choinki tłumaczyły władze stolicy Belgii.

Według statystyk ta „stolica Europy” jest najbardziej islamskim miastem na całym kontynencie. W 2008 roku co czwarty jej mieszkaniec był muzułmaninem, a najczęściej nadawane imię chłopcom urodzonym w Brukseli brzmiało… Muhammad.  Cztery lata później choinka z brukselskiego rynku musiała zniknąć, bo jej obecność mogła „obrażać uczucia religijne osób innych wyznań”. Czytaj: muzułmanów. Zamiast choinki została postawiona „neutralnie światopoglądowa” a jednocześnie szkaradna „zimowa instalacja”.

W ciągu dwóch tygodni od podjęcia tej decyzji przez władze Brukseli protest wobec laicyzacji choinki podpisało ponad 25 tysięcy Belgów. W przypadku Brukseli protest okazał się nieskuteczny. Jednak w innych przypadkach determinacja ludzi w oporze przeciw wojującemu laicyzmowi okazała się skuteczna. Na przykład w 2012 roku chrześcijańscy klienci wymogli na władzach marketu Auchan w Villebon-sur-Yvette (Francja) cofnięcie decyzji o wycofaniu ze sprzedaży szopek bożonarodzeniowych. Dyrekcja sklepu swoją pierwotną decyzję o wycofaniu ze sprzedaży szopek motywowała tym, że ich obecność na ladach sklepowych „szokuje licznych klientów”.

Równie skuteczni okazali się rok później kolejarze z Villefranche-de-Rouergue (Francja, departament Aveyron), którym regionalna dyrekcja kolei nakazała rozebranie wystawianej na miejscowym dworcu od lat szopki bożonarodzeniowej. Dyrekcja poczuła się zdopingowana do działania skargą jednego z pasażerów, który był „zszokowany obecnością ostentacyjnych symboli religijnych w miejscu publicznym”. Nie podano jakiego wyznania był pasażer: muzułmańskiego czy laickiego. Ważne, że protest kolejarzy okazał się skuteczny.

Warto w tym kontekście przypomnieć słowa wypowiedziane w 2004 roku w wywiadzie dla „La Repubblica” przez kardynała Josepha Ratzingera (późniejszego Benedykta XVI), który stwierdzał, że jako katolicy „stajemy w obliczu agresywnego i nietolerancyjnego sekularyzmu, który usiłuje zredukować chrześcijaństwo do czegoś zupełnie prywatnego”.

Agresja ta niekiedy przybiera formy naprawdę niebezpieczne. We Francji w okresie Świąt Bożego Narodzenia regularnie dochodzi do niszczenia szopek betlejemskich. Garść przykładów z ostatnich lat: w 2012 roku zniszczono szopkę w kaplicy w miejscowości Belves (departament Dordogne). Podobny los spotkał szopkę umieszczoną na rynku w mieście Point a Mousson (departament Meurthe-et-Moselle).W grudniu 2013 roku nieznani sprawcy podpalili szopkę bożonarodzeniową ustawioną wewnątrz katedry Notre Dame w See (departament Orne). Tylko dzięki obecności w murach świątyni pewnej kobiety, która szybko ugasiła pożar, udało się uniknąć większej tragedii i spłonięcia całej katedry.

W ten sposób także szopki bożonarodzeniowe stały się obiektem coraz szerzej rozlewającej się po Francji w ostatnich latach fali agresywnej chrystianofobii. Kim są „nieznani sprawcy”? Czy to radykalni islamiści dążący do zaprowadzanie rządów szariatu? A może bojówki (w rodzaju „Femenu”) zwolenników wojującego laicyzmu? To właściwie nie ma znaczenia, bo w obu przypadkach cel jest ten sam: wymazać z przestrzeni publicznej pamięć o chrześcijańskim dziedzictwie „najstarszej córy Kościoła”.

Grzegorz Kucharczyk

22 grudnia 2017

Wielkie zagraniczne sieci handlowe nie szanują polskiego prawa w sprawie sprzedaży żywych karpi?

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, w sklepach kolejki po żywego Karpia. Oczywiście sprzedawcy w pogoni za zyskiem, sprzedają w foliowych opakowaniach  z użebrowaniem (rekomendowanych przez Główny Inspektorat Weterynarii), w których żywe karpie powoli się duszą. Tymczasem praktyki te są niezgodne z orzecznictwem Sądu Najwyższego i ustawą o ochronie zwierzat
http://serwis21.blogspot.com/2017/12/sprzedaz-zywych-karpii-w-foliowych.html

12 grudnia Stowarzyszenie Interesu Społecznego WIECZYSTE zwróciło się zatem w języku francuskim do Guillaume Jacques de Laffont de Collonge - prezesa Carrefour Polska i do Frederic de Guitarre - prezesa GALEC (czyli Leclerc) o zaniechanie takich praktyk i dostosowanie się do polskiej ustawy o ochronie zwierząt. Karpie powinny być sprzedawane już martwe albo w pojemnikach z wodą.

Jaka była reakcja ww. sieci? Otóż mogliśmy to zobaczyć w tych dniach przedświątecznych, karpie żywe były sprzedawane i to wcale nie w opakowaniach z wodą. To nie tylko brak poszanowania polskiego ustawodawstwa, ale i zwykłej przyzwoitości (nie ma potrzeby dręczenia żywych karpi, poprzez powolne duszenie przez ponad pół godziny tyle podobno wytrzymują w tych reklamówkach).

Unijne dotacje, czy naprawdę nie możemy bez nich żyć?

Komisja Europejska uruchomiła art.7 traktatu, której finał ma być ukaranie Polski sankcjami (na szczęście raczej mało prawdopodobne, zważywszy na opór chociażby Węgier). Jednakże wrogie działania Komisji każą się zastanowić, czy warto pozostać w Unii Europejskiej i co z tej przynależności, oprócz prób podporządkowania Niemcom czy Francji, w rzeczywistości mamy. Przez całe lata mamiono nas otrzymanymi dotacjami. Tyle że to "zatrute pieniądze", co doskonale opisał Tomasz Cukiernik, publicysta i podróżnik, autor książki Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa oraz Socjalizm według Unii. Poniżej jego tekst, który ukazał się w magazynie Polonia Christiana nr 56, które przypomniał portal pch24.pl .


Unijne dotacje, czy naprawdę nie możemy bez nich żyć?

Gdzie się nie ruszyć, wszędzie stoją unijne tablice informacyjne. Ale niekoniecznie zastanawiamy się, czy inwestycje zrealizowane przy współudziale pieniędzy z Brukseli mają sens.

Problem bezsensownego wikłania się w koszty nieuchronnie wynikające z unijnych dotacji dotyczy w szczególności jednostek samorządu terytorialnego, które nie bacząc na konsekwencje, na potęgę wymyślają coraz to nowe „inwestycje”. W rzeczywistości jednak nie są to żadne inwestycje, bo od samego początku wiadomo, że nie tylko nie będzie się na nich zarabiać, ale nawet trzeba będzie do nich dopłacać, aby w ogóle utrzymać ich funkcjonowanie.

Inwestycje‑skarbonki

– My to nazywamy skarbonkami, to znaczy takimi inwestycjami, które po wsze czasy będą obciążeniem dla budżetu – mówi Zygmunt Frankiewicz, prezydent Gliwic, prezes Związku Miast Polskich. – W Gliwicach na niektóre rzeczy woleliśmy nie dostać pieniędzy i ich nie robić, niż wpędzać się w kłopoty, żeby tylko brylować w rankingach wykorzystania funduszy unijnych – dodaje.

Zdarza się, że dany obiekt naprawdę jest potrzebny lokalnej społeczności, jak choćby droga, kanalizacja czy oczyszczalnia ścieków, ale bardzo często władze wolą budować zupełnie niepotrzebny trzeci dom kultury, za duży stadion czy czwarte muzeum. Wtedy mają się czym pochwalić przed wyborcami, bo takie muzeum lepiej przecież wygląda niż kanalizacja.

Kilka przykładów? Proszę bardzo. W Krakowie za 66,8 mln zł wybudowano Muzeum Sztuki Współczesnej, z czego unijne dofinansowanie wyniosło 31,2 mln zł. W roku 2015 dotacja Urzędu Miasta Krakowa dla muzeum wyniosła 6,59 mln zł. To aż 21 procent wartości przyznanej unijnej „pomocy”, co oznacza, że równowartość jej kwoty zostanie wydana na muzeum w niecałe pięć lat funkcjonowania placówki.
Koszt budowy Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” w Toruniu wyniósł 46,1 mln zł (w tym 29,95 mln zł z UE). CSW utrzymuje się głównie z dotacji swoich organizatorów, czyli Ministerstwa Kultury, województwa kujawsko‑pomorskiego i Torunia. W roku 2015 łączne koszty funkcjonowania CSW wyniosły 6,2 mln zł, a dotacja od toruńskiego samorządu sięgnęła 1,3 mln zł.

Całkowity koszt budowy Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku wyniósł 180,2 mln zł, w tym dofinansowanie unijne – 100,62 mln zł. W roku 2015 dotacje z Urzędu Marszałkowskiego i z Ministerstwa Kultury dla opery wyniosły około 21 mln zł.

Podobnie w roku 2016 dotacje z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego i Ministerstwa Kultury dla współfinansowanej z unijnych dotacji nowej siedziby Muzeum Śląskiego w Katowicach sięgnęły 31 mln zł.

Budowa portu jachtowego w Kamieniu Pomorskim kosztowała prawie 20,5 mln zł, z czego dotacja unijna wyniosła niecałe 7,1 mln zł, resztę wyłożyła gmina. Ponieważ Marina Kamień Pomorski Sp. z o.o. nie jest w stanie utrzymać się sama, obciąża gminę za zarządzanie portem. W roku 2015 była to kwota 300 tys. zł plus VAT.

Całkowity koszt budowy aquaparku w Suwałkach wyniósł 47,3 mln zł (w tym 19,3 mln zł z UE). W roku 2015 dochody z tytułu świadczonych usług parku wodnego wraz z dochodami z najmu stanowiły kwotę 3,2 mln zł, a łączne wydatki – 4,8 mln zł, co oznacza, że brakowało około 1,6 mln zł.

W roku 2015 Bielsko‑Bialski Ośrodek Sportu i Rekreacji przekazał na utrzymanie wybudowanej z unijnych funduszy hali widowiskowo‑sportowej pod Szyndzielnią 2,5 mln zł.

Z kolei koszt rozbudowy stadionu „Stal” w Rzeszowie wyniósł ponad 44,8 mln zł, z czego dofinansowanie unijne stanowiło kwotę 27 mln zł. Stadion jest dotowany ze środków finansowych Rzeszowa (w roku 2015 było to niemal 760 tys. zł).

Koszt budowy Muzeum Kultury Przeworskiej i Izba Pamięci Bitwy pod Mokrą (województwo śląskie) wyniósł 801 tys. zł, z czego dotacja z UE wyniosła 672 tys. zł. Funkcjonowanie muzeum w całości finansowane jest ze środków budżetowych gminy Miedźno (w roku 2015 było to 39,7 tys. zł).
Koszt rewitalizacji Domu Kata w Paczkowie (województwo opolskie) wyniósł 460 tys. zł, z czego dotacja z UE – 287 tys. zł. Łączne koszty funkcjonowania obiektu w 2015 roku wyniosły prawie 27,6 tys. zł.

Koszty? Nieznane!

W wielu przypadkach publiczni właściciele obiektów nie są nawet w stanie określić, ile kosztuje ich utrzymanie. Na przykład kolejka linowa „Elka” w Chorzowie, której odbudowa wyniosła 28,7 mln zł (w tym wartość dofinansowania z funduszy europejskich 23,9 mln zł), zarządzana jest w ramach działalności WPKiW i koszty zawierają się w ogólnym rachunku zysków i strat dla całego przedsiębiorstwa. Z kolei urzędnicy w Świętochłowicach nie wiedzą, ile kosztuje podatników utrzymanie Dwóch Wież po zamkniętej kopalni „Polska”, których koszt rewitalizacji wyniósł prawie 8 mln zł, z czego unijna dotacja sięgnęła 6,7 mln zł. Pewny pozostaje tylko fakt, że działalność jest niekomercyjna, czyli spoczywa całkowicie na barkach podatnika.

– W myśl ustawy o finansach publicznych, jednostki budżetowe powiązane są z budżetem metodą budżetowania brutto. Istota budżetowania brutto polega na objęciu dochodów i wydatków planem budżetowym w pełnej wysokości. Całość dochodów gromadzonych przez jednostkę budżetową odprowadzana jest do budżetu, a jej wydatki, bez względu na wielkość zgromadzonych dochodów lub nawet brak dochodów, pokrywane są z budżetu w ramach limitu określonego w planie finansowym – wyjaśnia Przemysław Piotr Guzow, dyrektor Centrum Hewelianum w Gdańsku, którego limit wydatków na rok 2015 ustalono na 4,6 mln zł, a łączne dochody przekazane do budżetu miasta wyniosły 3,1 mln zł, co oznacza, że do działalności obiektu trzeba było dołożyć ok. 1,5 mln zł.

Co gorsza, nawet gdyby urzędnicy chcieli na współfinansowanym przez UE obiekcie zarabiać, Bruksela im tego zakazuje! Przy wysokim udziale funduszy unijnych w projekcie umowy dotacyjne zawierają klauzulę, że dany obiekt przez jakiś czas w ogóle nie może zarabiać albo przychód musi być ograniczony. Władze Drzewicy (województwo łódzkie) po trzech miesiącach działalności zamknęły nowoczesne kino, bo jeśli zarobiłoby ono więcej niż 150 tys. zł w ciągu roku, trzeba by było zwrócić część unijnej dotacji. Podobnie jest z Galerią Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Czeladzi (województwo śląskie), która kosztowała ponad 12 mln zł (ponad 10 mln zł z UE), a koszty jej utrzymania i funkcjonowania wraz z resztą terenu po byłej kopalni „Saturn” w 2015 roku wyniosły ok. 450 tys. zł.

GSW „Elektrownia” nie ma dochodów, ponieważ jej rewitalizacja została zrealizowana z projektu unijnego. Projekt zakłada działalność non profit przez okres pięciu lat od daty rozliczenia inwestycji. Rozliczenie nastąpiło w roku 2015, dlatego zakończenie działalności non profit nastąpi w roku 2020 i wtedy będzie mogła być podjęta działalność dochodowa – informuje Biuro Prasowe Urzędu Miasta w Czeladzi.
Dzięki pieniądzom unijnym wydawanym na tego typu obiekty, włodarze miast nie tylko budują sobie pomniki, ale jednocześnie i popularność, tym sposobem zwiększając swoje szanse na reelekcję. Niestety, nie oglądają się na konsekwencje w postaci szybko rosnącego zadłużenia jednostki samorządowej, które w przyszłości będą musieli spłacić podatnicy.

– Te „inwestycje” są wielkim obciążeniem dla budżetów, niczym więcej – uważa Marcin Wałdoch, politolog z Chojnic. – Są one źle zarządzane, kosztowne, nieprzemyślane. Ponadto są przykładem fałszywej świadomości polskich elit politycznych, które częstokroć wpadają w pętlę pogoni za „eurozłotówką”. W myśl hasła – z Unii dostaniemy trzy złote, dołożymy „tylko” jedną złotówkę i mamy inwestycję. To nic, że nawet tej jednej złotówki nie posiadają, ale przecież lokalne elity mają znajomych bankowców, którzy też muszą z czegoś żyć. Potem powstają gmachy o szumnych nazwach: „inkubator innowacyjności”, w którym siedzi pani Hania z jedynym zadaniem odbierania telefonów i informowania, że wynajęcie biura w tym „inkubatorze” stanowi koszt często przewyższający nawet ceny komercyjne – tłumaczy doktor Wałdoch.

Zadłużenie rośnie

Zdaniem politologa, samorządy biorą na siebie bagaż wielkich obciążeń, ale są niewolnikami na własne życzenie – niewolnikami bankierów i wyborów samorządowych. Ludzi przyzwyczajono, że sprawni samorządowcy „inwestują”, należy więc w każdej kadencji, bez względu na rzeczywiste koszty, przeciąć jakąś wstęgę.

– Ogólnie jest to spotęgowana bezmyślność powielona z kapitałochłonnych inwestycji PRL. Tylko że tamte inwestycje rzeczywiście tworzyły przemysł, a te? Puste szklane budynki o nazwach aspirujących do projektów NASA – ironizuje Marcin Wałdoch. – Baszta w Chojnicach znajduje się w miejscu, gdzie nigdy nie było baszty, jest zbudowana z pustaków i stoi w centrum fosy, co wygląda tragicznie. Koszty milionowe, w środku jedno biuro z informacją turystyczną. Oczywiście takie inwestycje mają drugie dno; warto spojrzeć, jakie firmy je wykonują; często są to firmy kolegów i koleżanek lokalnych władz. Im chodzi o to, „żeby się kręciło” – zauważa politolog z Chojnic.

Jednak istnieją także obiekty publiczne wybudowane przy współfinansowaniu unijnymi pieniędzmi, będące przedsięwzięciami dochodowymi. Całkowity koszt budowy Ekomariny Giżycko wyniósł 19,7 mln zł, w tym dofinansowanie z UE 7,5 mln zł. Przychody z działalności portu za rok 2015 wyniosły prawie 1,3 mln zł, podczas gdy łączne koszty utrzymania i działalności mariny – 973 tys. zł. Także Nadmorska Kolej Wąskotorowa w Rewalu utrzymuje się z działalności komercyjnej i nie otrzymuje żadnego wsparcia publicznego. Jednak jej budowa kosztowała 46,5 mln zł (13,7 mln zł z UE), co miało wpływ na astronomiczne zadłużenie zachodniopomorskiej gminy: dług Rewala na koniec września 2016 roku wynosił prawie 133,7 mln zł, czyli 256 procent dochodów.

– To efekt zaciągania kredytów pod inwestycje posiadające 50 procent dofinansowania z UE – potwierdza Jacek Jędrzejko, były radny Rewala, który tej nonszalancji się sprzeciwiał.

Innym rekordzistą jest zachodniopomorska gmina Ostrowice, której zadłużenie w efekcie inwestycji przekroczyło 400 procent dochodów! Gminie grozi likwidacja. Zatrzymany przez CBŚP wójt tłumaczył się, że zadłużał gminę… dla dobra ludzi.

Długi Wrocławia wraz z jego spółkami komunalnymi sięgają 150 procent dochodów. Rekordowym zadłużeniem – znacznie powyżej ustawowych limitów – mogą także pochwalić się: Toruń, Wałbrzych i Łódź.

Niektóre miasta wojewódzkie jak Katowice, Kielce, Białystok czy Szczecin tylko w cztery lata (2009–2013) potrafiły zwiększyć swoje zadłużenie o ponad 100 procent. W roku 2008 tylko trzy jednostki samorządu terytorialnego miały zadłużenie przekraczające 60 procent dochodów, a w 2014 roku – 107. Od roku 2003, kiedy Polska nie była jeszcze w UE, do końca 2015 roku łączne zadłużenie samorządów zwiększyło się z 16,5 mld zł do 75,8 mld zł, czyli o 360 procent.

Czy więc rzeczywiście tylko głupiec nie bierze dotacji?

Bilans wydarzeń z grudnia 1970 roku


20 grudnia 2017

Czy będzie mniej reklam i przekazów handlowych w radiu i telewizji?

Dość tej nachalnej reklamy w radiu i telewizji - wzywa Stowarzyszenia Interesu Społecznego WIECZYSTE i proponuje ograniczenie czasu reklam i przekazów handlowych w ciągu godziny do 4 minut. Stowarzyszenie właśnie złożyło do Senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji - projekt ustawy ws. ograniczenia reklam i przekazów handlowych w radiu i telewizji. Ograniczenie dotyczyłoby zarówno nadawcy publicznego jak i prywatnego.

Zgodnie z dotychczasowymi regulacjami w ciągu godziny zegarowej może być emitowane aż 12 minut reklam i telesprzedaży. Do tego dochodzi 2 minuty ogłoszeń nadawcy, czyli łącznie aż 14 minut (czyli prawie ¼ czasu) stanowią reklamy, przekazy handlowe i ogłoszenia. Ograniczeniom tym nie podlegają bloki telesprzedaży. W efekcie widzowie i słuchacze są bombardowani przekazami o charakterze reklamowym, nierzadko kilka razy w ciągu tej samej godziny. Jak stwierdza Stowarzyszenie - nie jest to już klasyczna informacja handlowa, ale swoiste „pranie mózgu”, zwłaszcza jeżeli uwzględnimy, iż większość reklam jest kierowana do ludzi młodych, młodzieży, a nawet dzieci. Spowodowane jest to łatwością sugestii. Im ktoś młodszy, tym mu łatwiej wyperswadować, co jest dla niego najlepsze. Każdy specjalista od marketingu i reklamy wie, że odpowiednio dobrane grono odbiorców połączone z dogodnym czasem emisji i ciekawym pomysłem to 3/4 sukcesu.

Niewątpliwie widzowie i słuchacze byliby zadowoleni z mniejszej liczby reklam, jedna projekt Stowarzyszenia natrafi na duży opór. Gdyby ustawodawca wprowadził proponowane zmiany, reklamy i ogłoszenia nie przekroczyłyby 6 minut (10% czasu) w ciągu godziny. Dla wielkich korporacji medialnych (TVN, Polsat) oznaczałoby to znaczącą utratę przychodów i wpływów. Można się także spodziewać również sprzeciwu ze strony Komisji Europejskiej, wszak władze UE proponują większą elastyczność reklamową czyli zlikwidowanie limitu godzinowego na rzecz dziennego, co umożliwi jeszcze więcej reklam w głównych porach oglądalności.

Ulga lokalna w komunikacji miejskiej dla działaczy nielegalnych organizacji z okresu PRL w Nowym Sączu

1 stycznia 1998 r. działacze nielegalnych organizacji z czasów PRL uzyskali prawo do ulgowych lokalnych biletów komunikacji miejskiej w Nowym Sączu. To efekt uchwały Rady Miasta z 21 listopada 2017 r., która uwzględniła petycję Stowarzyszenia Walczących o Niepodległość 1956-89 o przyznanie uprawnienia osobom, które świadczyły pracę w organizacjach związkowych i politycznych nielegalnych w rozumieniu przepisów do kwietnia 1989 r. lub które nie wykonywał pracy w okresie przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych.

Jednakże działacze z lat 1956-89 nadal nie będą zrównani z kombatantami. Ci ostatni bowiem korzystają z 50% ulgi ustawowej. Ulga lokalna natomiast jest niższa i wynosi nieco powyżej 40% ceny biletu. Prawo do ulgowej komunikacji (ani ustawowej ani lokalnej) nie przysługuje osobom posiadającym status działaczy opozycji antykomunistycznej lub osoby represjonowanej z powodów politycznych. Cała ta sytuacja, to efekt bałaganu prawnego, będącego następstwem przyjętych rozwiązań w 2015 r., w wyniku których powstały 2 odrębne kategorie działaczy czyli opozycji antykomunistycznej i świadczących pracę w nielegalnych organizacjach.

Normalny jarmark świąteczny w Europie (humor internetowy)


18 grudnia 2017

Prawo do bezpłatnej komunikacji dla działaczy nielegalnych organizacji z czasów PRL w Warszawie na 100lecie niepodległości?

Zbliża się 100-lecie niepodległości. Stowarzyszenie Walczących o Niepodległość 1956-89 zwróciło się do Rady Warszawy o uhonorowanie weteranów walk o niepodległość z lat 1956-89 poprzez przyznanie im z tej okazji prawa do bezpłatnej komunikacji miejskiej.

Do tej pory na mocy uchwały rady Warszawy działacze nielegalnych organizacji z czasów PRL (tzw. osoby świadczące pracę w organizacjach związkowych i politycznych nielegalnych w rozumieniu przepisów do kwietnia 1989 r. oraz osoby nie wykonujące pracę przed dniem 4 czerwca 1989 r. na skutek represji politycznych) korzystają z 50% ulgi w komunikacji miejskiej. Stowarzyszenie proponuje prawo do bezpłatnej komunikacji, ale jedynie dla tych którzy mieszkają w Warszawie. Dlaczego to ograniczenie? Rada Warszawy w tej kadencji już raz odrzuciła uprawnienie do bezpłatnej komunikacji miejskiej dla weteranów i nie chcieliśmy ryzykować sytuacji pozostawienia petycji bez rozpatrzenia. Stąd ten warunek - wyjaśnia dr Daniel Alain Korona ze Stowarzyszenia Walczących o Niepodległość 1956-89.

Zatem wkrótce się okaże, czy stolica Polski doceni swoich bohaterów z czasów PRL?



Internetowy humor: Tak w Platformie Obywatelskiej zarabia się pierwszy milion


17 grudnia 2017

W Katowicach totalna opozycja sprzeciwia się zmianie nazwy placu, chce komunistycznego patrona


Od redakcji: Władze Katowic miały zgodnie z ustawą czas do końca sierpnia, by zmienić nazwę Placu. Tego nie uczyniły. Dodajmy, iż Wilhelm Szewczyk w czasie wojny służył w wojsku niemieckim (Wehrmacht). I taką osobę, opozycja totalna, chce za patrona?

Natomiast niepotrzebnie wojewoda powiązał sprawę z PISem, nadając temu Placu - nazwę Lecha Kaczyńskiego, który nie miał przecież związków z Katowicami. Mógł, i naszym zdaniem z większą korzyścią, albo nadać nazwę Piotra Szewczyka, majora Wojska Polskiego, cichociemnego (zmarłego w 1988 r.) albo nadać nazwę Kazimierza Antoniego Świtonia, działacza opozycji antykomunistycznej, założyciela WZZ na Górnym Śląsku - Kazimierza Świtonia, zmarłego w 2014 roku.



15 grudnia 2017

Cenzura ideologiczna na Uniwersytecie Jagiellońskim. Powstrzymajmy ją

Władze Uniwersytetu Jagiellońskiego, pod wpływem listu protestacyjnego podpisanego przez 843 osoby, skrzyknięte przez Partię Razem odwołały sesję naukową z cyklu „Etyka w medycynie” pt. „Prawo dziecka do życia”. Ta skandaliczna decyzja to kolejny przejaw cenzury ideologicznej, z którą mamy do czynienia na polskich uniwersytetach. W październiku ub.roku Warszawski Uniwersytet Medyczny wycofał się z wynajmu sali przeznaczonej na konferencję pt „Prawa poczętego pacjenta”. W tym roku odwołano planowane na uczelniach spotkania z Rebeccą Kiessling oraz Irene van Der Wende. 
Partia Razem domagając się odwołania konferencji, zarzuciła, że jest ona „nienaukowa”. Taki zarzut wobec sesji „Prawo dziecka do życia” jest jednak kompletnie absurdalny. Fakty naukowe nie pozostawiają dziś wątpliwości, że życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia. Podczas konferencji kwestia przyznania dzieciom w prenatalnej fazie rozwoju pełni praw miała być właśnie poddana analizie. Nie z punktu widzenia Pisma Świętego, a nauki - medycyny. Co więcej, każdy z siedmiu prelegentów, którzy mieli wystąpić, posiada stopień naukowy co najmniej doktora. Pięciu z prelegentów to szanowani lekarze, w tym wybitny kardiochirurg, odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski prof. Janusz Skalski. Szósty prelegent, dr inż. Antoni Zięba, co prawda nie jest z wykształcenia specjalistą z zakresu medycyny, a z dziedzin technicznych, ale przez kilkadziesiąt lat podczas których zajmował się tematem aborcji, nabył ogromną wiedzę dotyczącą zagadnienia. Siódmym prelegentem miał być zaś ksiądz Lucjan Szczepanik, który - oprócz tego, że jest duchownym - jest także z wykształcenia lekarzem medycyny. Zanim wstąpił do Seminarium odbył staż lekarski, przez 21 lat pełni funkcję kapelana w Szpitalu, a ponadto jest doktorem habilitowanym, wykładowcą akademickim z zakresu bioetyki, etyki lekarskiej oraz medycyny pastoralnej. Z pewnością posiada więcej doświadczenia związanego z medycyną niż zdecydowana większość członków partii Razem.
Nawet, gdyby prelegenci nie posiadali tytułów naukowych, tylko osobiste doświadczenie dotyczące zagadnień, o których mieli mówić, powinni mieć prawo wypowiedzenia się na uniwersytetach, tak jak to się dzieje podczas szeregu innych konferencji czy wykładów.
Uniwersytety odgrywają niezwykle istotną rolę w kształtowaniu debaty publicznej. Powinny być miejscem dialogu i ścierania się różnych, racjonalnie uzasadnionych stanowisk. Nie można się zgodzić na odbieranie głosu jednej ze stron w tak fundamentalnej sprawie, jaką jest dyskusja o prawie do życia.
Zbigniew Kaliszuk, CitizenGo

Petycja do Wicepremiera i Ministra Szkolnictwa Wyższego Jarosława Gowina, aby podjął działania przeciwko temu niebezpiecznemu trendowi: http://www.citizengo.org/pl/lf/131103-powstrzymajmy-cenzure-ideologiczna-na-uniwersytetach

14 grudnia 2017

Mary Wagner znów aresztowana. Czym naraziła się mordercom?

Mary Wagner znów została aresztowana!

Raptem trzy miesiące temu zakończył się jej proces, w trakcie którego była oskarżona o utrudnianie działalności gospodarczej jednej z aborcyjnych mordowni. W piątek 8 grudnia po raz kolejny trafiła do więzienia.

Mary nie ustaje w walce o życie. Znów weszła do miejsca zabijania dzieci i zaczęła rozmawiać z ludźmi w poczekalni. Wręczała białe róże kobietom a towarzysząca jej koleżanka trzymała napis: „Możesz zatrzymać swoje dziecko, miłość znajdzie sposób”. Ich wizyta wyraźnie poruszyła sumienia!

Dwie osoby były rozzłoszczone a pewien mężczyzna, który czekał, aż jego dziecko zostanie zabite, był szczególnie wściekły. Zachęcał siedzącą obok kobietę do aborcji i mówił: „masz przecież całe życie przed sobą!”. Wzburzeni byli również pracownicy mordowni, którzy zadzwonili po policję.

Funkcjonariusze zakuli Mary w kajdanki i siłą wywlekli ją na zewnątrz.

Przed aresztowaniem Mary zdążyła porozmawiać z kilkoma osobami przez ok. 40 minut. Podczas jej poprzedniej wizyty w aborcyjnej mordowni, taka krótka rozmowa dała wspaniałe owoce. Jedna z kobiet odstąpiła od zamiaru zabicia swojego dziecka! Co więcej, wstawiła się potem za Mary w sądzie w trakcie jej procesu. Oto co napisała w liście do sędziego:
„Wysoki Sądzie, spotkałam Mary Wagner w dniu, kiedy byłam pozbawiona zarówno nadziei, jak i pomocy. Chciałam zakończyć życie niewinnego, nienarodzonego, siedmiotygodniowego dziecka. Mary mówiła do mnie, a ja tak się cieszę, że jej posłuchałam. Zachęciła mnie i dała nadzieję. Mam teraz dziecko, które daje mi szczęście i spełnienie jako kobiecie. Odkąd spotkałam Mary Wagner tamtego dnia, nie byłam sama.”

Teraz Mary znów przebywa w więzieniu. Pierwsza rozprawa w jej kolejnym procesie obędzie się jeszcze przed Świętami. Za swoje „zbrodnie” Mary będzie po raz kolejny sądzona jako „recydywistka”, która narusza swobodę działalności gospodarczej biznesu mordowania dzieci.

Ta aborcyjna mentalność bardzo głęboko zakorzeniła się w umysłach Kanadyjczyków. Czytałam ostatnio zapis ostatniej rozprawy Mary, która odbyła się we wrześniu. Przytoczę Panu fragment, który najbardziej mnie poruszył. Na pytanie sędziego o przestrzeganie prawa, Mary podała przykład Polaków, którzy ratowali Żydów podczas wojny, mimo iż prawo tego zabraniało i karało takie działania śmiercią. Wie Pan co odpowiedział sędzia?„Pani porównuje zachowanie totalitarnego państwa z państwem demokratycznym”.

Co za ślepota! Jan Paweł II napisał kiedyś, że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm. Właśnie to już dawno stało się w Kanadzie a jej obywatele nawet nie zdają sobie z tego sprawy...

Nikt w porę nie poruszył ich sumień i nie wyrwał z ogłupiającego letargu. Skutecznie robi to w tej chwili Mary Wagner ale może dotrzeć jedynie do kilku osób zanim kanadyjski reżim po raz kolejny wtrąci ją do więzienia.

Kinga Małecka-Prybyło
Fundacja Pro Prawo do Życia

13 grudnia 2017

Uzasadnienie KRRiT 1,5 mln zł kary dla TVN24

Orzeczona kara blisko 1,5 mln zł dla TVN24 przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji wywołało oburzenie na zachodzie, a także w środowisku totalnej opozycji. Co prawda kary grzywny nakładano w latach ubiegłych na podmioty radiowo-telewizyjne (np. w 2014 r. na TV TRWAM, kara uchylona w roku bieżącym przez Sad Apelacyjny) i wtedy jakoś nie formułowano oburzenia. No, ale teraz naruszono interesy amerykańskiego właściciela TVN. Już teraz słyszymy żądania cofnięcia decyzji, choć sprawę przecież rozstrzygnie sąd.

Poniżej uzasadnienie kary dla TVN24, nie będziemy komentować, niech każdy sobie wyrobi własną opinię w sprawie:


Uzasadnienie kary dla TVN 24

13.12.2017
Uzasadnienie KRRiT dotyczące decyzji o nałożeniu kary pieniężnej na Spółkę TVN SA z siedzibą w Warszawie, na podstawie art. 53 ust. 1 w związku z art. 18 ust. 1 i 3 ustawy o radiofonii i telewizji, w wysokości 1 479 000 zł tj. około jednego promila przychodu nadawcy osiągniętego w 2016 roku.
W zestawie audycji rozpowszechnionych w programie TVN 24, w ustalonym przez nadawcę układzie, w dniu 16 grudnia 2016 r. od godz. 18:00 do dnia 18 grudnia 2016 r. do godz. 24:00 w odniesieniu do zaistniałych wydarzeń, w szczególności odbywającego się pod gmachem Sejmu zgromadzenia publicznego, które rozpoczęło się w godzinach popołudniowych w dniu 16 grudnia 2016 roku oraz prowadzonej przez posłów opozycji parlamentarnej blokady mównicy sejmowej i fotela Marszałka Sejmu RP, a także towarzyszących im wypowiedzi i zachowań uczestników tych wydarzeń, propagowano działania sprzeczne z prawem oraz sprzyjające zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu. Propagowanie powyższych działań w programie TVN 24 polegało na zachęcaniu widzów do udziału w zgromadzeniu przed budynkiem Sejmu RP, nieinformowaniu widzów o rozwiązaniu przez Policję zgromadzenia przed Sejmem RP, jednostronnym prezentowaniu wydarzeń poprzez dobór zapraszanych do studia komentatorów i gości, fałszywym przedstawianiu wydarzeń sprzed gmachu Sejmu RP poprzez manipulowanie obrazem i brak niezwłocznego sprostowania informacji nieprawdziwych. Ponadto propagowano blokowanie sali plenarnej Sejmu RP przez grupę posłów, co uniemożliwiało prowadzenie obrad, jako legalnego i dopuszczalnego środka politycznego sprzeciwu.
 
Relacje i transmisje z tych wydarzeń rozpowszechnione w programie TVN 24 należy oceniać łącznie w kontekście przestrzegania norm zawartych w art. 18 ust. 1 i 3 ustawy o radiofonii i telewizji. Informując o blokowaniu sali plenarnej Sejmu RP dokonanej przez posłów opozycji, dziennikarze TVN 24 rezygnowali z przedstawienia widzom informacji o prawnej ocenie tych działań. W literaturze tematu już w 2003 roku podkreślono, że w przypadku gdy opozycji zabraknie legalnych środków obstrukcji, zdesperowana może sięgnąć po środki nielegalne, takie jak zagłuszanie wystąpień większości rządowej, wszczynanie tumultu na sali posiedzeń parlamentu, blokowanie mównicy czy niszczenie aparatury do głosowania (S. Pawłowski Obstrukcja parlamentarna jako forma walki politycznej opozycji, Przegląd Sejmowy nr 4 (57) / 2003, str. 58, także str. 74 - 76). Stanowisko to zostało potwierdzone w ekspertyzach opublikowanych przez Marszałka Sejmu RP, sporządzonych w styczniu 2017 roku.[1] Autorzy opinii prawnych zgodnie wskazali, że wspólną cechą zachowania parlamentarzystów, którzy zdecydowali się na blokowanie mównicy sejmowej, co uniemożliwiło prowadzenie obrad, była nielegalność ich działań oraz jednoznacznie zaliczyli tego rodzaju zachowania do nielegalnej obstrukcji parlamentarnej.
 
Relacjonowanie w programie TVN 24 wydarzeń z sali posiedzeń Sejmu RP miało bezpośredni wpływ na reakcje osób zgromadzonych przed budynkiem, a także na wypowiedzi i zachowania polityków opozycji parlamentarnej, którzy dokonując nielegalnej obstrukcji obrad, zachęcali do demonstracji osoby zgromadzone na zewnątrz gmachów przy ul. Wiejskiej. W przywołanych wyżej opiniach wskazano ponadto, że działania parlamentarzystów należy kwalifikować jako przestępstwo polegające m.in. na wywieraniu wpływu na czynności urzędowe Sejmu RP (R. Kmiecik str. 3-4), a ponadto jako występki polegające m.in. na zmierzaniu do zmiany konstytucyjnego ustroju RP, do usunięcia przemocą konstytucyjnego organu RP, naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza publicznego, wywierania wpływu na czynności urzędowe organu państwowego, znieważenia i poniżenia konstytucyjnego organu RP, przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego (J. Wyrembak str. 10 -11, G. Górski str. 5-6, P. Chybalski str. 8-9). Z opinii  jednoznacznie wynika, iż protest parlamentarzystów opozycji miał charakter bezprawny.
 
Zgodnie z art. 4 pkt 13 ustawy o radiofonii i telewizji programem wyspecjalizowanym jest program, w którym nie mniej niż 70% czasu nadawania programu w ciągu miesiąca, w godzinach 6-23, stanowią audycje i inne przekazy realizujące przyjętą specjalizację programu. Koncesja nr 474/2011-T z dnia 16 marca 2011 r. udzielona spółce TVN SA na nadawanie programu TVN24 dotyczy programu wyspecjalizowanego informacyjno-publicystycznego, realizującego cele określone w art. 1 ust. 1 pkt 1 ustawy o radiofonii i telewizji.
 
Analiza realizacji zadania z art. 1 ust. 1 pkt 1 ustawy o radiofonii i telewizji tj. dostarczania odbiorcom informacji oraz ustalenie sposobu i zakresu, w jakim zadanie to zostało wypełnione, została przeprowadzona w odniesieniu do dwóch podstawowych wydarzeń, których organizacja i przebieg w świetle przytoczonych powyżej opinii pozwalają uznać, iż stanowiły naruszenie prawa tj. zgromadzenie publiczne pod gmachem Sejmu RP, które zostało utrzymane pomimo jego rozwiązania oraz blokada sali plenarnej Sejmu RP. Wydarzenia te stanowiły zasadniczy temat zestawu audycji rozpowszechnionych w programie TVN 24 w ustalonym przez nadawcę układzie w okresie wskazanym na wstępie,co potwierdził monitoring przeprowadzony w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Monitoringiem objęte zostały całodobowe programy następujących nadawców:
 

  • program TVN 24 (koncesja nr 474/2011-T z dnia 16 marca 2011r. udzielona spółce TVN SA );
  • program Polsat News (koncesja nr 210/K/2013-T z dnia 28 maja 2013r. udzielona Telewizji    POLSAT Sp. z o.o.);
  • program TVP Info (koncesja nr 522/2013-T z dnia 9 kwietnia 2013r. udzielona Telewizji Polskiej SA).
Monitoringowi poddane zostały również audycje informacyjne rozpowszechniane we wskazanym wyżej okresie w programach telewizyjnych uniwersalnych: TVN ( Fakty), Polsat (Wydarzenia) i TVP1 (Wiadomości). Monitoring programu TVN 24 został przeprowadzony w oparciu o zapis poemisyjny przekazany przez nadawcę przy piśmie z dnia 22 grudnia 2016 r.
 
Biorąc pod uwagę powyższe ustalenia Przewodniczący KRRiT pismem z dnia 20 listopada 2017 r. wszczął z urzędu postępowanie w sprawie ukarania nadawcy w trybie określonym w art. 53 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji.W piśmie z dnia 21 listopada 2017 r. nadawca został poinformowany o prawie do zapoznania się z aktami postępowania i zebranym materiałem dowodowym oraz możliwości złożenia oświadczenia końcowego w terminie  do dnia 30 listopada 2017 r. Nadawca skorzystał z prawa do zapoznania się z aktami postępowania.

W piśmie z dnia 30 listopada 2017 r., które wpłynęło do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w dniu 30 listopada 2017 r. pełnomocnik nadawcy wystąpił o przedłużenie terminu do wydania oświadczenia końcowego do dnia 21 grudnia 2017 r. oraz, w przypadku nieuwzględnienia tego wniosku, o odstąpienie przez Przewodniczącego KRRiT od wydania decyzji, której przedmiotem ma być ukaranie TVN SA, a następnie umorzenie prowadzonego postępowania. Przewodniczący KRRiT pismem z dnia 6 grudnia 2017 r. poinformował nadawcę, iż nie zachodzą okoliczności pozwalające na uwzględnienie wniosku o przedłużenie terminu do dnia 21 grudnia 2017 r. Postępowanie zostało wszczęte 20 listopada 2017 roku. W tym samym dniu stosowne pismo zostało doręczone do siedziby Spółki.  Niezwłocznie też w dniu następnym, 21 listopada br. nadawca został poinformowany o prawie do zapoznania się z aktami sprawy i przedstawienia swoich wyjaśnień w terminie do dnia 30 listopada bieżącego roku. W podobnych sprawach w postępowaniach administracyjnych prowadzonych w KRRiT obowiązuje termin 7 dni kalendarzowych na złożenie wyjaśnień.  W tym postępowaniu termin był dłuższy i upływał 30 listopada 2017 roku.
 
W toku postępowania zostały rozważone argumenty i oceny przedstawione w piśmie pełnomocnika nadawcy. Nie można podzielić generalnej opinii pełnomocnika nadawcy, iż materiały zgromadzone w aktach sprawy nie mogą stanowić podstawy do stwierdzenia naruszenia przez nadawcę wymienionych powyżej przepisów ustawy o radiofonii i telewizji. 
 
W oparciu o przywołane przepisy podkreślenia wymaga, iż wyjaśnienie odbiorcom aspektów prawnych relacjonowanego wydarzenia należy do ważnych obowiązków nadawcy. Spółka TVN SA, jako nadawca  programu TVN 24 pozostawiła bez wyjaśnienia wypowiedzi zaproszonych do studia gości programu TVN 24, którzy pochwalali formę protestu prowadzonego przez grupę posłów na sali obrad Sejmu RP. Jak ustalono powyżej, ta forma protestu była nielegalna z punktu widzenia prawa. Pomimo to w programie TVN 24 sugerowano przygotowywanie rozwiązań siłowych przez koalicję rządzącą, budując w ten sposób atmosferę oporu i protestu wobec nadchodzących zagrożeń. Takie działanie potwierdza m.in. wypowiedź red. Piotra Stasińskiego (16 grudnia 2016 roku, rozmowa z red. Anitą Werner ok. 19:47), który stwierdził, że posłowie powinni blokować salę obrad jak najdłużej, partia rządząca będzie szukała fortelu, żeby przeprowadzić głosowanie pewnie gdzie indziej, zobaczymy, bo już napomykają o tym (…) jeżeli posłowie wytrwają to jest bardzo dobre i słuszne, byle posłowie nie trwali tylko i wyłącznie z powodu posła Szczerby, zaczęli protest w obronie wolnych mediów i powinni się tego trzymać. To znaczy, że wolnej informacji dla wolnych obywateli i tego powinni się trzymać. Ja uważam, że w tej sprawie powinni tam stać do upadłego, co to znaczy do upadłego, nie wiem, dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości. Straży marszałkowskiej jest prawdopodobnie za mało, czekam tylko aż PiS ściągnie policję Błaszczaka do parlamentu” (…). Powyższy cytat wskazuje, iż nadawca, zezwalając na formułowanie zachęt do kontynuowania nielegalnych form protestu, nie tylko aprobował je, ale jednocześnie dostarczając do tego posiadanych narzędzi, jak w szczególności udzielenie czasu antenowego, przyczyniał się i pomagał w nawoływaniu innych do kontynuowania naruszenia prawa.Nie pozostaje bez znaczenia, że nadawca posiadał wpływ na krąg zaproszonych do studia gości oraz – jako podmiot prowadzący profesjonalną działalność w sferze dostarczania odbiorcom informacji, mógł i powinien reagować wówczas, gdy wyrażane oceny były nadmierne, nie znajdowały oparcia w faktach lub mogły dla przeciętnego odbiorcy stanowić zachętę do podejmowania aktywności niezgodnej z prawem. W polskim prawie za zgromadzenie spontaniczne ustawodawca uznaje takie, które odbywa się w związku z zaistniałym nagłym i niemożliwym do wcześniejszego przewidzenia wydarzeniem związanym ze sferą publiczną, którego odbycie w innym terminie byłoby niecelowe lub mało istotne z punktu widzenia debaty publicznej (art. 2 ust. 2 ustawy z dnia 24 lipca 2015r. Prawo o zgromadzeniach; Dz.U. z 2015 r. poz. 1485). Zgodnie z art. 28 ust. 1 tej ustawy zgromadzenie spontaniczne może być rozwiązane przez funkcjonariusza kierującego działaniami Policji w określonych przypadkach, w tym jeżeli jego przebieg zagraża życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach bądź jego przebieg powoduje poważne zagrożenie bezpieczeństwa lub porządku publicznego albo istotne zagrożenie bezpieczeństwa lub porządku ruchu drogowego. Rozwiązanie zgromadzenia spontanicznego (art. 28 ust. 2 ustawy)  następuje przez wydanie decyzji ustnej podlegającej natychmiastowemu wykonaniu, poprzedzonej dwukrotnym ostrzeżeniem o możliwości jego rozwiązania, a następnie ogłoszonej publicznie uczestnikom zgromadzenia spontanicznego. Uczestnicy z chwilą rozwiązania są obowiązani niezwłocznie opuścić miejsce odbywania zgromadzenia. W literaturze podkreśla się, iż wszyscy uczestnicy mają wówczas obowiązek rozejść się bez zbędnej zwłoki w taki sposób, aby nie doprowadzić do sformowania się nowego zgrupowania (zob. S. Gajewski, Komentarz do art. 28 Prawa o zgromadzeniach [w:] S. Gajewski, A. Jakubowski (red.) Prawo o zgromadzeniach. Komentarz, Legalis, 2017). Dziennikarze TVN 24 relacjonując przebieg demonstracji pod Sejmem RP powinni poinformować widzów o rozwiązaniu zgromadzenia niezwłocznie po podjęciu takiej decyzji przez Policję. Wstrzymanie podania tej ważnej informacji należy uznać jako zachęcanie do dalszego łamania prawa. Stacja TVN24 o fakcie rozwiązania zgromadzenia przez Policję poinformowała po kilku godzinach, przy czym przywołanie przez nadawcę wypowiedzi lidera Komitetu Obrony Demokracji Mateusza Kijowskiego, w której zwrócił się do uczestników zgromadzenia z prośbą o rozejście się, nie wyczerpało obowiązku przekazania takiej informacji. Nadawca przekazał informację o rozwiązaniu zgromadzenia  podczas wywiadu z rzecznikiem prasowym Komendy Stołecznej Policji asp. Mariuszem Mrozkiem o godz. 3.30 w nocy, czyli po ok. 8 godzinach protestu oraz po ok. 4 godzinach od decyzji o rozwiązaniu zgromadzenia. Pomijanie podczas relacjonowania ważnych wydarzeń społecznych tego rodzaju informacji, istotnych z punktu widzenia porządku i bezpieczeństwa publicznego, należy uznać za naruszenie zasad rzetelnego wykonywania zawodu dziennikarskiegopoprzez zachęcanie do łamania prawa oraz kreowanie wydarzeń. Z tego względu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji dokonała oceny programu TVN 24 rozpowszechnionego w dniu 16 grudnia 2016 r. od godz. 18:00 do dnia 18 grudnia 2016 r. do godz. 24:00pod kątem przestrzegania obowiązku rzetelności dziennikarskiej. W rozmowach prowadzonych przez dziennikarzy TVN 24 w studiu telewizyjnym w dniu 16 grudnia 2016 roku od około godz. 19:00 z posłami opozycji i komentatorami, były rozpowszechniane sugestie, że organy porządku publicznego mogą użyć siły. Dziennikarze oraz goście zaproszeni do studia TVN24 przewidywali możliwości wprowadzenia rozwiązań siłowych w celu zażegnania konfliktu oraz skutki takich działań. Analiza rozmów prowadzonych w studiu TVN 24 oraz relacji nadawanych z gmachu Sejmu i zgromadzenia przed budynkami sejmowymi, potwierdziła dążenie do kreowania wydarzeń, podejmowania działań, które doprowadziłyby do eskalacji konfliktu m.in. poprzez zachęcanie do uczestniczenia w zgromadzeniu przed Sejmem RP. Przedstawiane oceny były jednostronne, co nie pozwalało widzom na ich krytyczną analizę. Całość dopełniały wypowiedzi ekspertów, którzy dokonując  analizy wydarzeń, przedstawiali wizję powstawania państwa autorytarnego. Potwierdza to wypowiedź red. Piotra Stasińskiego (16 grudnia 2016 r. ok. godz. 19:47), który w rozmowie z red. Anitą Werner przedstawił widzom możliwość rozwiązań siłowych, sugerując, że na teren parlamentu zostanie wprowadzona Policja (…) nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości. Straży Marszałkowskiej jest prawdopodobnie za mało, czekam tylko aż PiS ściągnie policję Błaszczaka do parlamentu. W odpowiedzi na to stwierdzenie red. Tomasz Lis podkreślił, że Jarosław Kaczyński nie ma specjalnych hamulców, czy w tym czasie, w tym momencie, tuż przed świętami już jest gotowy na takie rozwiązanie, choć przypominam, że on na końcu września, albo na początku października on mówił swoim posłom na posiedzeniu specjalnym w Jachrance, bądźcie przygotowani na być może dramatyczne wydarzenia w Sejmie. Ja sobie myślę, że być może to miał na myśli. Z koleiprof. Radosław Markowski (godz. 19:57) stwierdził, iż Strategia PiS-u, jak każdej partii (…) wprowadzenie autorytaryzmu to nie dzieje się przy pomocy czołgów, przy pomocy wojska, to jest taktyka salami, odkrajania i dokładnie, to co powiedział redaktor Lis tutaj, ja też uważam. Szkoda, że ten protest obywatelski posłów odbywa się z pozoru błahej sprawy, powinno odbyć się dokładnie rok temu (…). To, co cechuje współczesne autorytarne reżimy to jest gęba pełna demokracji, „to jest wszystko demokratyczne”, ultralegalizm taki typu Hugo Chaveza. Dla przyjaciół wszystko dla przeciwników prawo. (…) A dla dziennikarzy też prawo bo tylko selektywne, tak? (…) My nie byliśmy przygotowani na to, co funduje nam PiS, po prostu nie wiemy co robić (…). Red. Adam Szostkiewicz (20:43) porównywał sytuację pod Sejmem RP do sytuacji w Kijowie, stwierdzając idzie na Majdan, idzie na Kijów, nie będzie Budapesztu, będzie Kijów. Do tego doprowadziła polityka obecnego rządu i jego lidera. Widzą państwo co się dzieje, zbierają się ludzie pod Sejmem i będą czekali na dalsze decyzje władz sejmowych, które być może nastąpią albo nie nastąpią nie po myśli tych, którzy się tam zebrali w proteście przeciwko temu co się dzisiaj na sali sejmowej dzieje (…) Sytuacja jest niezwykle poważna ponieważ grozi polityką uliczną. Więc to nie są żarty proszę państwa, ja myślę, że racje stoją po stronie opozycji (…). Wypowiedź red. A. Szostkiewicza spotkała się z reakcją innego gościa w studiu red. Andrzeja Stankiewicza, który uznał porównanie za ogromne nadużycie, gdyż używanie słowa Majdan, dotyczy sytuacji, w której prezydent kraju kazał strzelać do ludzi, a Kaczyński nie wyprowadza snajperów z Gromu, żeby do ludzi strzelali. Nie nadużywajmy pojęć, które są nacechowane krwią – zaapelował red. A. Stankiewicz. Z taką reakcją ze strony dziennikarzy TVN 24 nie spotkały się wcześniej cytowane wypowiedzi gości zaproszonych do studia telewizyjnego.
 
Następnie w programie TVN 24 wyemitowano wystąpienie posła Stefana Niesiołowskiego, który powiedział m.in.  Nadejdzie dzień (…) i to będzie najczarniejszy dzień jak ja zobaczę Macierewicza, Kamińskiego, panią Pawłowicz, chociaż to przykry widok, jak z okna będziecie wyskakiwać! Z okien będziecie wyskakiwać, nieukarani przestępcy! (…). Ta wypowiedź spotkała się z komentarzem red. Romana Kurkiewicza (20:52), który zwrócił uwagę, że wypowiedź posła Stefana Niesiołowskiego jest zbyt daleko idąca, gdyż do Majdanu to jest jeszcze daleko (…) Moim zdaniem PiS dziś jeszcze kompletnie nie jest gotowy do konfrontacji siłowej (…). Ale następny mówca red. Adam Szostkiewicz (21:00) uznał, że polityka obecnego obozu władzy obarczona jest takim ryzykiem, że rozstrzygnie się na ulicy. (…) W pewnym momencie będzie to kula śnieżna rozpędzona i jeśli władza zostanie skonfrontowana ma dwa wyjścia jedno jest przemocowe (…) drugie to jest podjąć faktycznie politykę, która polega na szukaniu kompromisu. (…) Na tym polega ten diabelski węzeł. (…) To ryzyko, żeby polityka polska nie przeniosła się z sali sejmowej na ulicę moim zdaniem rośnie, rośnie dramatycznie w tych dniach (…).Teza ta znalazła potwierdzenie w relacji red. Katarzyny Kolendy-Zaleskiej (21:17), przygotowanej dla TVN 24: Przed chwilą wicemarszałek Sejmu poseł Dolniak powiedziała mi z dołu, że będą blokowe głosowania nad budżetem, ale nie wiadomo gdzie, czy na sali kolumnowej, czy raczej tu na sali sejmowej. W tym momencie posłowie opozycji zbierają się znów i dalej będą blokowali trybunę, bo to wszystko było rotacyjne (…) rozeszła się pogłoska, że z trybuny sejmowej będą usuwani siłowo. (…) To Jarosław Kaczyński dzisiaj trzyma w garści rozwiązanie tej sytuacji to do niego należy załagodzenie tych nastrojów. Bo naprawdę sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i jest szalenie groźna. Jeśli posłów zacznie się tu wyprowadzać siłowo, to naprawdę ludzie, którzy stoją na zewnątrz chyba tego nie wytrzymają. Więc myślę, że Jarosław Kaczyński bierze na siebie ogromną odpowiedzialność za to, co dzisiaj w nocy może się w Polsce wydarzyć. 
 
W relacjach prowadzonych na antenie TVN 24 nie poinformowano niezwłocznie o rozwiązaniu przez Policję zgromadzenia przed Sejmem RP, a ponadto ok. godz. 23:19 red. Jacek Żakowski w studiu telewizyjnym stwierdził:ten tłum rośnie, tam przed chwilą byłem około ósmej to było może ok. 1000 osób, teraz jest trzy cztery razy więcej cała czas jeszcze ta grupa pęcznieje (…) temperatura społeczna tam na miejscu też jest. Jest też grupa radykałów, którzy są bardziej radykalni niż ci zgromadzeni pod sceną (…) ten opór będzie rósł. Boję się, że to może być scenariusz typu ukraińskiego (…). W ten sposób budowano i utrwalano wśród widzów przekonanie o możliwym wprowadzeniu rozwiązań siłowych przez rządzących i porównywano tę możliwość z wydarzeniami w Kijowie. Ze strony dziennikarzy nie było reakcji. Budowanie poczucia zagrożenia nie może być uznane za obiektywny przekaz dziennikarski. Takie działanie należy uznać za próbę zaostrzenia sytuacji i wpływu na odbiorców pod hasłem obrony zagrożonych wartości demokratycznych.
 
Obok wypowiedzi w studiu telewizyjnym, ważną rolę odgrywały treści zamieszczane na tzw. paskach,  na których ok. godz. 19.00 informowano o wydarzeniach w Sejmie RP oraz cytowano z reguły bardzo emocjonalne wypowiedzi polityków, zawierającymi  sugestie o rozwiązaniach siłowych wobec uczestników blokowania mównicy oraz zgromadzenia przed Sejmem: Pomaska PO: jedyna opcja jest taka, że marszałek wezwie straż i nas zacznie wynosić – życzymy powodzenia oraz Borowska (Kukiz’15): w tym momencie jest tak gorąco, że może dojść nawet do rękoczynów.
 
Wypowiedzi posłów koalicji rządzącej opatrywane były komentarzami. Starano się zdyskredytować ich autorów w oczach opinii publicznej oraz stworzyć wrażenie, że działania posłów PiS są dramatyczną obroną zajmowanej pozycji na scenie politycznej. Przykładem takiego działania jest zestawienie dwóch wypowiedzi: posła Mariusza Kamińskiego (PiS) oraz byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego Jerzego Stępnia:
 
Mariusz Kamiński (17 grudnia 2016 r. ok. godz. 00:00): Posłowie opozycji dzisiaj zachowują się w sposób szalony i absurdalny, powtarzają to co robił Lepper (…) potem powtarzają kłamstwa (…) Chodzi o mechanizmy antydemokratyczne, blokowania pracy parlamentu.(…) Opozycja chciała uniemożliwić nam procedowanie w parlamencie i to jest oczywiste. (…) Jeszcze raz podkreślam, mamy demokratyczny mandat i ten mandat będziemy realizowali, mamy program, który głosiliśmy w kampanii wyborczej i mamy cztery lata, które nam dali wyborcy na przeprowadzenie tych reform, które zapowiadaliśmy i zrobimy to, niezależnie od tego czy ci ludzie tak zdesperowani będą wrzeszczeć obrażać, krzyczeć, blokować mównicę (…) będziemy z pełną determinacją przeprowadzać reformy, które zapowiadaliśmy w kampanii wyborczej. Nie ustąpimy przed wrzaskiem i obelgami, ani przed fizycznym blokowaniem trybuny.
 
Jerzy Stępień (00:19): (…) W Polsce mamy do czynienia z sytuacją rewolucyjną, to są typowe zachowania rewolucyjne, a rewolucjoniści jak wiadomo się nigdy nie cofają, wolą ponieść klęskę, wolą spaść w przepaść, ale nie cofną się, nie zawrą żadnego kompromisu i to niestety cechuje pana prezesa Kaczyńskiego. (…) Sytuacja jest naprawdę straszna, bo albo ta władza zdecyduje się na stosowanie siły, albo będzie musiała ustąpić. Stan tego napięcia jest taki, od roku to widzimy, że ta władza nie jest zdolna do jakiegokolwiek kompromisu.
 
Nadawca pozostawiał również bez komentarza wielokrotnie powtarzane materiały zdjęciowe zawierające rejestrację przebiegu incydentów z udziałem uczestników zgromadzenia publicznego i funkcjonariuszy Policji. Pozostawienie tych ujęć bez komentarza wprowadzało odbiorców w błąd zarówno co do charakteru samego wydarzenia i jego legalności, jak również dopuszczalności działań ze strony organów porządku publicznego. Przykładem takiego działania są zdjęcia z godziny 2:48, kiedy to operator stacji TVN 24 pokazał sylwetkę mężczyzny leżącego na ziemi, do którego podeszła jedna z uczestniczek manifestacji i dokonała oględzin leżącego. Po chwili inny uczestnik również podszedł do leżącego, a widzowie w tym momencie odnieśli wrażenie jakby dokonywał reanimacji, co potęgowało wrażenie, że osobie leżącej na ziemi stało coś złego, być może w wyniku działań policji, gdyż trwała blokada samochodów członków rządu i posłów, którzy chcieli opuścić budynek Sejmu RP. Jednocześnie w kadrze pokazano ujęcie unoszącego się dymu prawdopodobnie ze świecy dymnej. Całe trwające ok. trzech minut ujęcie nie było w żaden sposób komentowane. Jednak mężczyzna, który leżał na ziemi i sprawiał wrażenie ofiary działań Policji, sam się na niej położył. Nie jest prawdopodobne, by tej sceny nie widział obecny w tym samym miejscu dziennikarz i operator stacji TVN 24. Wrażenie użycia przemocy przez Policję potęgował napis na pasku: Interwencja policji przed Sejmem, użyto gazu łzawiącego. Wielokrotne pokazanie tak dramatycznej i długiej, trzyminutowej sceny z rzekomą ofiarą Policji mogło spowodować eskalację napięcia społecznego oraz przedstawiało fałszywy, zmanipulowany obraz wydarzeń przed Sejmem RP. Dopiero o godz. 3:30 dziennikarz TVN 24 przedstawił stanowisko Rzecznika Prasowego Komendy Stołecznej Policji aspiranta sztabowego Mariusza Mrozka, który już na początku wypowiedzi m.in. stwierdził:  chciałbym przede wszystkim sprostować na początku informację nieprawdziwą, która może wprowadzać i wprowadza w błąd opinię społeczną, czyli kwestia użycia środków przymusu przez policjantów. Policjanci, którzy w tym momencie dbali o porządek, przywracali ten porządek, umożliwiali wyjazd kolumny z terenu parlamentu używali jedynie siły fizycznej, żadne inne środki przymusu nie były używane i nieprawdziwa jest informacja jakoby protestanci w stosunku do osób protestujących mieli używać chociażby gazu pieprzowego, użyta została tylko i wyłącznie siła fizyczna i to w stosunku do osób, które wybiegały pod jadące pojazdy w taki sposób, że same zagrażały swojemu bezpieczeństwu, mogły doprowadzić do bardzo niebezpiecznych sytuacji.
 
Redaktor Marcin Żebrowski: Pojawiły się zapowiedzi, że użyto gazu łzawiącego, pan zaprzecza temu.
Rzecznik Prasowy KSP Mariusz Mrozek: Stanowczo dementuję tę informację, natomiast to co widać, między innymi na obrazie z państwa kamer, mają przecież państwo reporterów na miejscu tych wydarzeń, któraś z osób protestujących rzuciła w momencie wyjazdu kolumny świecę dymną i to jest ten moment, który został zinterpretowany jako użycie gazu przez policję. Więc jeszcze raz podkreślę, policja użyła tutaj wyłącznie siły fizycznej, staramy się aby nasze działania były skuteczne, ale jednocześnie jak najmniej dolegliwe. Robimy to z poszanowaniem wszystkich osób, natomiast nie możemy dopuścić do łamania prawa, jego naruszania i te osoby, które blokowały samochody, które rzucały się przed te samochody, zagrażając przede wszystkim własnemu bezpieczeństwu, doprowadzając do bardzo niebezpiecznych sytuacji, zostały przy użyciu siły fizycznej czyli najmniej dolegliwego środka przymusu odsunięte. W tej chwili żadna z osób nie została zatrzymana. Natomiast to, co widzimy na ekranie to skutek osób, które uniemożliwiały wyjazd z terenu parlamentu, czyli osób które wbiegały pomiędzy te samochody, które rzucały się przed samochody, podkreślę jeszcze raz, zagrażając przede wszystkim własnemu bezpieczeństwu.
Redaktor Marcin Żebrowski: Czy ktoś został poważnie poszkodowany?.
Rzecznik Prasowy KSP Mariusz Mrozek: Nie mam takich informacji, przyznam, przed chwilą było widać na państwa ekranie, leżał na jezdni, później podniósł się i odszedł z tego miejsca.
 
W momencie prowadzenia tej rozmowy odbiorcy programu widzieli człowieka leżącego na jezdni, sprawiającego wrażenie ofiary zajść. Jednak tym razem widzowie mieli też okazję zobaczenia dalszego ciągu tego zdarzenia. Leżący człowiek sam wstał, szedł i rozmawiał przez telefon. Również dopiero w tej rozmowie przedstawiona została informacja, że zgromadzenie pod Sejmem RP zostało przez Policję rozwiązane jako nielegalne. Trzeba nadmienić, iż goście zaproszeni do studia TVN24 również zapowiadali swój udział w manifestacjach i jednocześnie w czasie rzeczywistym zachęcali widzów do udziału w nich, co m.in. uczynił red. Tomasz Lis (16 grudnia 2016 r. ok. godz. 19:47): Ja  prosto stąd oczywiście wsiądę i pojadę pod Sejm bo tam jest dzisiaj miejsce  obywateli (…). Red. Konrad Piasecki w rozmowie z zaproszonym do studia Jackiem Fedorowiczem (ok. godz. 20:23) zadał wprost pytanie: Te sejmowe obrazy, trochę śmieszne, trochę straszne i pytanie do Jacka Fedorowicza. Dusza rwie się w Panu przed Sejm? Jacek Fedorowicz odpowiedział, że oczywiście, trzeba chodzić, trzeba demonstrować, ale nie można mieć nadziei, że to przyniesie efekt natychmiastowy  (…) Trzeba dotrzeć do tamtych ludzi, nie do tamtych polityków, bo politycy tamci są dla mnie z gruntu źli i cyniczni, natomiast trzeba dotrzeć do tych ludzi, którzy są ich wielbicielami, którzy uważają, że Jarosław Kaczyński zbawi Polskę i trzeba im uświadomić, że nie zbawi. W tym czasie na ekranach telewizorów, na przebitkach sprzed Sejmu RP m.in. widać jak na scenie przemawiał do zgromadzonych red. Tomasz Lis.W późniejszej części programu m.in. współprowadzący Szkło kontaktowe red. Marek Przybylik stwierdził, że co prawda on przyjechał do studia, ale jego znajomi są pod Sejmem (ok. godz. 22:10). Naruszeniem zasad rzetelnego dziennikarstwa w relacjonowaniu i ocenie wydarzeń sprzed budynku Sejmu RP był dobór gości i ekspertów zapraszanych do studia, z których zdecydowana większość nie kryła swojego krytycznego nastawienia do koalicji rządowej. Taka obserwacja dotyczy następujących pozycji programowych: audycja red. A. Morozowskiego Tak jest ( godz. 18:00), część 1: zaproszona prof. Magdalena Środa, część 2:  zaproszeni red. Paweł Lisicki (Do rzeczy) oraz red. Konrad Piasecki (TVN24); Fakty po faktach (19:27), część 1: zaproszeni red. Tomasz Lis (Newsweek) oraz red. Piotr Stasiński (Gazeta Wyborcza), część 2: zaproszeni mec. Piotr Schramm oraz prof. Radosław Markowski (Uniwersytet SWPS); cykl prowadzony przez red. Konrada Piaseckiego Piaskiem po oczach (20:01), część 1: zaproszony Jacek Fedorowicz, część 2: Renata Grochal (Gazeta Wyborcza), Roman Kurkiewicz (Collegium Civitas), Andrzej Stankiewicz (Onet) oraz Adam Szostkiewicz (Polityka); rozmowa red. Grzegorza Miecugowa (19:00): zaproszony Aleksander Smolar (Fundacja im. Stefana Batorego), cykl Szkło kontaktowe(22:09): red. Grzegorz Miecugow, Marek Przybylik oraz Krzysztof Daukszewicz; Gość w studio TVN 24 (23:15): red. Jacek Żakowski (Polityka). Tego rodzaju jednostronne działania przypominają znany i szczegółowo opisany w literaturze tematu mechanizm manipulacji. Anthony Pratkanis i Elliot Aronson opisując techniki wywierania wpływu na odbiorcę m.in. stwierdzili, że podstawowa z nich polega na przejęciu kontroli nad sytuacją i stworzeniu atmosfery sprzyjającej komunikatowi; proces ten nazywamy perswazją wstępną (…). Skuteczna perswazja wstępna ustala „to co każdy wie” i „co wszyscy uważają za oczywiste” (nawet jeśli nie powinni ponieważ w rzeczywistości kwestia powinna być przedmiotem dyskusji). (…) Następnie nadawca musi zadbać o właściwy wizerunek w oczach odbiorców. Technikę tę określamy mianem wiarygodności źródła. Innymi słowy, nadawca musi zaprezentować się jako ktoś (…) dobrze poinformowany, godny zaufania (…). Trzecia technika polega na skonstruowaniu i przekazaniu komunikatu, który skupi uwagę (…) odbiorców dokładnie na tym, na czym zależy nadawcy – odwróci ich uwagę od argumentów przemawiających przeciwko prezentowanemu stanowisku, przykuje ją żywym sugestywnym obrazem (…). Wreszcie skuteczny wpływ opiera się na kontrolowaniu uczuć odbiorców i przestrzeganiu prostej zasady: wzbudź w odbiorcach określone emocje, a następnie podsuń im sposób reakcji na te emocje (…). (A. Pratkanis, E. Aronson  Wiek propagandy, Warszawa 2003, str. 48 – 49).
 
Analiza programu TVN 24 przeprowadzona w okresie oddniu 16 grudnia 2016 r. od godz. 18:00 do dnia 18 grudnia 2016 r. do godz. 24:00 prowadzi zatem do wniosku, iż program został zrealizowany zgodnie z  opisanym powyżej schematem. Służyły temu wielokrotnie powtarzane tezy o zagrożeniu demokracji i zamachu stanu (red. Grzegorz Miecugow, godz. 22:00), czy obraźliwe określenia kierowane pod adresem posłów koalicji rządzącej transmitowane na antenie TVN24, jak Ta banda w sali kolumnowej niezgodnie z prawem uchwaliła budżet. Budżet Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, hańba! (22:16). Taki sposób relacjonowania służył budowaniu atmosfery zagrożenia i miał na celu zdyskredytowanie argumentów większości parlamentarnej. Działania takie nie mogą być pozytywnie ocenione jako rzetelne przekazywanie informacji o bieżących wydarzeniach. Należy je zakwalifikować jako dążenie do kreowania określonej sytuacji społecznej. Jak zauważył prof. Mirosław Karwat umiejętne zaabsorbowanie uwagi i opinii społecznej, narzucenie przekonania o kluczowym znaczeniu jakiejś dygresyjnej polemiki (…) histerycznie wznieconego skandalu, marginalnej „rozróby” itp. – sprawia, że teraz „tym ludzie żyją”, a ich zainteresowania i emocje nawet w trybie ciągłym pozostają pod wpływem wrażenia spowodowanego demaskatorskim spektaklem, czy rytuałem apage satanas. Efekt psychologiczny jest taki jak u kibica, który długo po wyjściu ze stadionu żyje atmosferą i przebiegiem meczu (…). Z taką właśnie nadzieją sztucznie rozwlekane i podtrzymywane są rozmaite kampanie oskarżeń, nagonki, przepychanki, „pyskówki”. (…) Wpływ określony jest bowiem przez zdolność mobilizacji i kanalizacji opinii publicznej, (…) umiejętne związanie wszystkich wokół sprawą stojącą na porządku dnia zmienia najpierw hierarchię spraw, potem stan nastrojów (…) M. Karwat O złośliwej manipulacji, Warszawa 2007, str. 104).
 
                                                                          
Podstawowym obowiązkiem nadawców radiowych i telewizyjnych jest dostarczanie informacji (art. 1 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji). Prof. Stanisław Piątek komentując ten przepis trafnie powiązał obowiązek dostarczania informacji z kryterium interesu społecznego (por. S. Piątek (red.) W. Dziomdziora, K. Wojciechowski Ustawa o radiofonii i telewizji. Komentarz, Warszawa 2015 str. 3). Z kolei prof. Elżbieta Czerny-Drożdżejko uznaje, że wartości, jakim służy radiofonia i telewizja realizują cele o charakterze społecznym ponieważ spoczywa na nich obowiązek zaspakajania potrzeb obywateli w zakresie dostarczania informacji (E. Czerny-Drożdżejko Ustawa o radiofonii i telewizji. Komentarz, Warszawa 2014 str. 13 -14).
 
Obowiązek ten powinien być realizowany zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej, określonymi w przepisach Prawa prasowego. Prawo prasowe w art. 6 podkreśla, iż dostarczanie informacji o aktualnych wydarzeniach musi być zgodne z prawdą. Przedmiotem relacji w programie TVN 24 w dniach 16 - 18 grudnia 2016 roku były dwa wydarzenia – prowadzona przez posłów opozycji parlamentarnej blokada sali obrad sejmowych oraz odbywane pod gmachem Sejmu RP, równolegle do trwającej blokady – zgromadzenie publiczne. Jak już stwierdzono powyżej, blokada sali obrad plenarnych Sejmu RP od samego początku była działaniem bezprawnym, czego nadawca powinien mieć pełną świadomość. Do zawinionego naruszenia prawa (w tym wypadku, do propagowania działań sprzecznych z prawem), może dojść w przypadku niezachowania należytej staranności dziennikarskiej. Jest to naruszenie umyślne, bowiem winą umyślną jest także zamiar ewentualny, z którym mamy do czynienia w sytuacji, gdy sprawca naruszenia ma świadomość szkodliwego skutku swojego działania i przewidując jego nastąpienie, co najmniej godzi się nań (wyrok Sądu Apelacyjnego w Poznaniu z 6 września 1995 roku, I ACr 176/96). Rzetelny przekaz dziennikarski nie powinien być wybiórczy ani stronniczy. Charakterystyczne cechy szczególnej staranności, to zawsze ostrożność, dbałość, zapobiegliwość, przezorność, rozwaga, oględność, dokładność, uwaga, rozsądek, sprawność, wnikliwość, wiedza, roztropność, przewidywanie, krytycyzm, sumienność, samokontrola, obiektywizm, solidność (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 10 maja 2016 roku, I ACa 1076/15). Nadawca powinien zachować szczególną wstrzemięźliwość i dbałość, jeśli przedmiotem dziennikarskiej relacji są działania sprzeczne z prawem. Z treści art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji nie wynika, aby nadawca nie mógł o takich działaniach informować, ale sposób prezentacji nie powinien zachęcać, pochwalać, ani w inny sposób aprobować takich działań (Jacek Sobczak Radiofonia i telewizja. Komentarz do ustawy, Warszawa 2001, str. 251).
 
W świetle przywołanych powyżej stanowisk, w celu ustalenia, czy doszło do propagowania przez nadawcę działania sprzecznego z prawem, wystarczająca jest ocena treści i formy audycji oraz sposobu korzystania z różnych środków wyrazu takich, jak dźwięk, obraz i słowo, sposobu kadrowania i montażu, a także sposobu prowadzenia audycji, dobór uczestników audycji, a zatem nie tylko treść komentarzy, ale także ich brak.  Dziennikarze TVN 24 powinni poinformować widzów o rozwiązaniu zgromadzenia niezwłocznie po podjęciu takiej decyzji przez Policję. Biorąc pod uwagę wymóg szczególnej rzetelności dziennikarskiej, który był wielokrotnie podkreślany w orzecznictwie sądowym, należy uznać, że informacja ta powinna być powtarzana w czasie całej transmisji (na przykład w formie paska na dole ekranu). Sąd Najwyższy w wyroku z 8 października 1987 roku (II CR 269/87) stwierdził, iż podkreślenie w art. 12 ust. 1 Prawa prasowego obowiązku dziennikarza do zachowania „szczególnej staranności i rzetelności” przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych oznacza kwalifikowaną staranność i rzetelność. Nie może to być normalna, zwykła staranność i rzetelność, ale niezwykła. Sąd Apelacyjny w Łodzi zwrócił uwagę, że rzetelność dziennikarska stanowi najlepszą gwarancję zarówno prawidłowej realizacji zadań prasy, jak i respektowania praw osób których publikacja dotyka. Rzeczowe i rzetelne przedstawienie sprawy umożliwia prawidłową realizację zadań prasy i jednocześnie pozwala na zakwalifikowanie takiego działania, jako mieszczącego się w granicach wolności słowa(wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z 28 października 2015 roku I ACa 586/15). Sąd Apelacyjny w Warszawie zwrócił uwagę, że szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, wymaga wiernego przedstawienia informacji, które dziennikarz uzyskał. Nieprecyzyjność danych winna skłaniać dziennikarza do szczególnej ostrożności przy formułowaniu informacji przekazywanych do publikacji (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 10 maja 2016 roku I ACa 1076/15 ). Ten wymóg jak już stwierdzono powyżej nie został dopełniony w programie TVN24. Stacja o fakcie rozwiązania zgromadzenia przez Policję poinformowała po kilku godzinach.
 
Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy w Rezolucji 1003 z 1 lipca 1993 roku w sprawie etyki dziennikarskiej podkreśliło, że przekazywanie informacji powinno być oparte na prawdzie, popartej stosowną weryfikacją i udokumentowaniem zebranych materiałów, bezstronnością przekazu zarówno w prezentacji, opisie jak i narracji. Plotka nie może być przekazywana jako informacja. Tytuły informacji, jak i ich streszczenia muszą odzwierciedlać tak dokładnie jak tylko jest to możliwe istotę prezentowanych faktów i danych. (…) Dziennikarz nie powinien zatem zmieniać prawdziwej, bezstronnej informacji czy uczciwej opinii (…) w celu tworzenia lub kształtowania opinii publicznej(…). W tym celu też, mieszczące się w ramach prawa, dziennikarstwo dociekliwe powinno opierać się na prawdziwej i uczciwej informacji i takichż opiniach i nie da się pogodzić z dziennikarskimi kampaniami według uprzednio zajętych stanowisk i specjalnych interesów. (Zeszyty Prasoznawcze Nr 3-4/1994, str. 155,158).
 
Wymogi te nabierają szczególnego znaczenia podczas relacjonowania sytuacji konfliktowych, które mogą wywołać zagrożenie dla bezpieczeństwa obywateli. Ma to tym większe znaczenie gdyż, jak trafnie podkreślił Sąd Najwyższy zasięg przekazu telewizyjnego i masowość jego odbioru wymagają (od dziennikarzy)szczególnej ostrożności (wyrok Sądu Najwyższego z 7 września 1973 roku I CR 374/72). W zasadach opracowanych dla dziennikarzy przez British Broadcasting Corporation (BBC) również podkreśla się, że w sytuacjach, które mogą wiązać się z narażeniem życia ludzkiego należy postępować ze szczególną ostrożnością i wyczuleniem na nastroje społeczne (Vademecum dziennikarstwa BBC, Warszawa 1993, str. 79). Dr Karol Jakubowicz w opracowaniu przygotowanym dla Centrum Monitoringu i Wolności Prasy stwierdził m.in.: w sytuacjach kryzysowych w czasie pokoju (katastrofy, zamieszki, rozruchy, powodzie i inne klęski żywiołowe, działania terrorystyczne itp.) (…) społeczeństwo odczuwa szczególną potrzebę szybkiej, ścisłej i wiarygodnej informacji oraz wyważonej, bezstronnej analizy i oceny sytuacji. Większość sytuacji kryzysowych powstaje nagle, bez uprzedzenia. W takich sytuacjach służebna rola mediów na rzecz realizacji prawa społeczeństwa do rzetelnej informacji ujawnia się ze szczególną siłą. Powinna ona mieć priorytet nad wszelkimi innymi względami. Wymaga to od dziennikarzy zdolności do szybkiej reakcji, a jednocześnie zdolności do powstrzymania się od pospiesznego formułowania ocen dopóki nie zostaną ujawnione wszystkie fakty i nie staną się jasne działania wszystkich stron zaangażowanych w kryzys i jego rozwiązywanie.Od kierownictw redakcji czy stacji wymaga to szczególnej odpowiedzialności. Łatwo bowiem ulec pokusie wykorzystania sytuacji kryzysowej dla realizacji własnych celów danej gazety czy stacji: zdobycia przewagi nad konkurencją i umocnienia się na rynku przez nadmierne eksponowanie oraz nazbyt sensacyjne traktowanie osób i wydarzeń związanych z kryzysem. Reporterom zalecał m.in. podejmowanie wszelkich działań, aby jak najszybciej dostarczyli pełną informację, z drugiej zaś strony unikanie roli uczestników wydarzeń (tj. koncentrować się na uzyskiwaniu i przekazywaniu informacji, zachować spokój i umiar, nie opowiadać się po żadnej ze stron, nie ferować ocen i wyroków, nie ulegać emocjom i nie przekazywać ich odbiorcom) oraz unikanie podgrzewania atmosfery, podsycania atmosfery napięcia, wpływania na przebieg wydarzeń przez swoją obecność na miejscu wydarzeń, bądź sposób informowania o nich. (K. Jakubowicz (opr.) Dziennikarz w sytuacji kryzysowejhttp://centruminformacji.tvp.pl/15781075/dziennikarz-w-sytuacji-kryzysowej).  
 
Polskie prawo bardzo szeroko definiuje pojęcie wolności słowa. Korzystanie z wolności słowa wiąże się z odpowiedzialnością dziennikarzy, wydawców i nadawców za przekazywane treści. Bezsprzecznie podstawowym obowiązkiem dziennikarza jest bezstronne informowanie o wydarzeniach. Z przytoczonych wyżej zasad wynika wprost, że podczas relacjonowania w sytuacji kryzysowej właśnie na dziennikarzach ciążą szczególne obowiązki i szczególna odpowiedzialność. Dziennikarze bardzo łatwo mogą przekroczyć granicę pomiędzy informowaniem a kreowaniem wydarzeń. W orzecznictwie europejskim podkreśla się, że Szczególna odpowiedzialność spoczywa na środkach masowego przekazu, bo nie mogą one pełnić roli „wehikułu dla szerzenia nienawiści i przemocy” (zob. wyrok ETPCz z 8 lipca 1999 r. w sprawie Erdogdu and Ince p. Turcji, par. 54, Leszek Garlicki (red.) Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Komentarz do artykułów 1-18. Tom I, C.H. Beck Warszawa 2010, str. 632).
 
Zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego aby można było mówić o propagowaniu przez audycję działań sprzecznych z prawem konieczne jest, by konkretna audycja zawierała takie treści wsparte odpowiednią formą wyrazu, aby po jej emisji można było uznać, że zachęcała widzów do podejmowania pokazanych w niej działań, ewentualnie audycja powinna być tak poprowadzona, by wynikało z niej, że zaprezentowane w niej działania należy uznać za właściwe i słuszne, godne naśladowania. […] W rezultacie o tym, czy audycja propaguje działania sprzeczne z prawem, decydują w konsekwencji okoliczności faktyczne konkretnej sprawy i ustalenia, co do treści i formy przekazu  (wyrok Sądu Najwyższego z 2 lipca 2013 r., III SK 42/12).
 
Budowanie atmosfery zagrożenia i w efekcie przedstawianie nieprawdziwego obrazu wydarzeń, a ponadto zachęcanie do udziału w zgromadzeniu, którego uczestnicy starali się zablokować wyjazd samochodów z członkami rządu oraz posłami z terenu Sejmu RP, stanowi naruszenie art. 18 ust. 3 ustawy o radiofonii i telewizji poprzez sprzyjanie zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu. Jak podkreślił dr Krzysztof Wojciechowski „Sprzyjanie zachowaniom zagrażającym” to nie tylko zachęcanie, ale też oddziaływania pośrednie, będące wynikiem prezentowanych danych zachowań jako zasługujących na naśladowanie. Wynikiem tych zachowań nie musi być dokonane naruszenie (…) bezpieczeństwa (…). Wystarczy sprzyjanie ich zagrożeniom. (…) Biorąc pod uwagę naturę tego przepisu (…) należy uwzględnić charakter danej audycji (…), a zwłaszcza to (…), czy prezentowane postawy są uzasadnione zastosowanymi środkami wyrazu. Istotne jest też, jaki jest całościowy charakter audycji i jej wymowa z uwzględnieniem wszystkich elementów, w tym komentarzy, czy reakcji publiczności w studiu (…) (por. S. Piątek (red.) W. Dziomdziora, K. Wojciechowski Ustawa o radiofonii i telewizji. Komentarz, Warszawa 2015, str. 220).  
 
Art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji zabrania w audycjach i innych przekazach propagowania działań sprzecznych z prawem. Transmisja wydarzeń, zgodnie z obowiązującym prawem, jest audycją w rozumieniu ustawy o radiofonii i telewizji (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 17 sierpnia 2017 roku VI Aca 1983/15). Jak podkreśla się w literaturze tematu przepisy art. 18 zawierają szereg zwrotów niedookreślonych, w znacznej mierze opierają się na klauzulach generalnych. Przy ich stosowaniu konieczne jest uwzględnienie całokształtu okoliczności danej sprawy i ustalenie całościowego charakteru przekazu (Piątek, Dziomdziora, Wojciechowski Ustawa… str. 214). Z kolei w orzecznictwie podkreśla się, że przedmiotem oceny programu telewizyjnego z punktu widzenia przesłanek uzasadniających nałożenie kary pieniężnej za naruszenie przez nadawcę przepisów art. 18 ust. 1 – 5bustawy o radiofonii i telewizjipowinien być nie tylko emitowany obraz, ale całość przekazu z komentarzami prowadzącego i uczestników włącznie (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 29 grudnia 2008 roku VI Aca 797/08). Należy zatem uwzględnić całość przekazu dotyczącego omawianych wydarzeń, który był prezentowany w programie TVN24, w tym uwzględnić dobór gości zapraszanych do studia, proporcje przedstawianych opinii, formę wypowiedzi (zachęcające, perswazyjne, opisowe, ocenne). Należy także uwzględnić wypowiedzi dziennikarzy TVN24 w trakcie relacjonowania wydarzeń pod kątem zasad warsztatu dziennikarskiego, w tym oddzielenia informacji od komentarza oraz sposobu reakcji na wypowiedzi gości zapraszanych do studia (aprobujące, krytyczne, brak reakcji). Zgodnie z orzecznictwem do naruszenia prawa może dojść także przez odpowiednio reżyserowany program, stwarzający „konkretny klimat psychiczny” oddziaływujący na odbiorcę (wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z 21 czerwca 1991 roku, I ACr 127/91).
 
Nadawca nie może zarazem w sposób dowolny powoływać się na realizowaną przez siebie linię programową. Nie daje mu ona bowiem usprawiedliwienia wówczas, gdy przekaz jest nierzetelny, niekompletny i wypacza obraz rzeczywistości tworząc u odbiorcy przeświadczenie, że właściwą postawą obywatelską jest przyłączenie się do działań, które stanowią naruszenie prawa. Sąd Najwyższy zauważył, że niedopuszczalne jest zastępowanie prawdy obiektywnej, subiektywną prawdą dziennikarza, a prezentacja własnej orientacji ideologicznej prasy, musi być ograniczona przez bezwzględny wymóg prawdziwości informacji (wyrok Sądu Najwyższego z dnia 29 listopada 2016 r. I CSK 715/15). Sąd Apelacyjny w Warszawie przeprowadzając wywód dotyczący sposobu oceny programu pod kątem ewentualnego naruszenia przepisów ustawy o radiofonii i telewizji stwierdził, że przepis art. 18 ww. ustawy nakłada na nadawcę zadanie odpowiedniego kształtowania programu w kontekście zakazu propagowania działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu (…) zakazu sprzyjania zachowaniom zagrażającym zdrowiu lub bezpieczeństwu (…), to sąd orzekający obowiązany jest (na wypadek zaskarżenia decyzji, podnoszącej naruszenie wszystkich wskazanych powyżej nakazów, zakazów i nakładającej karę pieniężną) zbadać, ustalić stan faktyczny na podstawie całości emitowanego przekazu, audycji i dopiero po tym dokonać odpowiedniej subsumcji. Naruszenie bowiem któregokolwiek z zakazu lub nakazu określonego ww. przepisem może mieć miejsce całością przekazu, audycji jej sensem, kontekstem, sugestiami (por. analogicznie Sąd Najwyższy w wyroku z 7 VII 2005 r. VCK 868/04), może także nastąpić już samym obrazem. Taki wniosek wynika z analizy samego przepisu art. 18 ustawy o radiofonii i telewizji. Skoro propagowanie oznacza nakłanianie, zalecanie, zachęcanie, wskazywanie za słuszne, to dla oceny zatem czy przekaz zachęca, wskazuje za słuszne, zaleca określone postępowanie konieczna jest ocena (jeśli nie dojdzie do stwierdzenia, że już jeden z elementów audycji narusza zakaz lub nakaz) całości przekazu oraz intensywności i jego wpływu na odbiorę przekazu. Nie można natomiast uznać za wystarczające dla stwierdzenia braku przesłanek do nałożenia kary pieniężnej, że jeden z elementów przekazu nie narusza nakazów lub zakazów (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 29 grudnia 2008 roku VI Aca 797/08).Z kolei Sąd Najwyższy zwrócił uwagę, że wielokrotne powtarzanie określonej informacji winnych mediach nie wyłączają obowiązku zachowania staranności i rzetelności przy zbieraniu i publikowaniu materiałów prasowych (art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego). Ponadto (…) działanie w imię uzasadnionego interesu społecznego oraz dążenie do sensacyjności artykułów prasowych nie może odbywać się kosztem rozpowszechniania faktów nieprawdziwych (Wyrok Sądu Najwyższego z 12 września 2007 I CSK 211/07)Komentując ten wyrok dr Kinga Machowicz, zwróciła uwagę, że wydaje się oczywiste, że nie wolno rozpowszechniać nieprawdziwych faktów. (…) Osoba odpowiedzialna za treść publikacji powinna zatem wznieść się ponad swój subiektywny punkt widzenia. Może być to niezwykle trudne przede wszystkim w sytuacji, w której dziennikarz chce, by analizowane fakty były prawdziwe. Jednak zwłaszcza wtedy, mając na uwadze ryzyko związane z własnym subiektywizmem, trzeba bardzo wnikliwie zbadać zgromadzone informacje. Pozwala to dostrzec elementy, które obiektywnie powinny budzić wątpliwości i zweryfikować je. (K. Machowicz Etyczny aspekt wolności wypowiedzi w świetle praktyki Sądu Najwyższego, Etyka w mediach vol. 5, Poznań – Opole 2010).
 
Biorąc pod uwagę wskazane wyżej argumenty, świadczące o propagowaniu przez nadawcę działań sprzecznych z prawem oraz sprzyjanie działaniom zagrażającym bezpieczeństwu, Przewodniczący KRRiT nie znalazł podstaw do zastosowania przepisu zawartego w art. 189f kpa.
 
Zgodnie z przywołanym przepisem organ administracji publicznej, w drodze decyzji, odstępuje od nałożenia administracyjnej kary pieniężnej i poprzestaje na pouczeniu, jeżeli waga naruszenia prawa jest znikoma, a strona zaprzestała naruszania prawa. Organ odstępuje od nałożenia kary pieniężnej w sytuacji, gdy obie przesłanki wymienione w powyższym przepisie wystąpią łącznie. W ocenie Organu nie można mówić o znikomej wadze naruszenia, z uwagi na charakter dóbr, które zostały naruszone w wyniku działania Nadawcy. Naruszenia będące przedmiotem niniejszej decyzji dotyczą bowiem standardów treści programów wiążących się z poszanowaniem porządku prawnego, porządku publicznego i bezpieczeństwa, które ze względu na swój ważki charakter zasługują na najwyższą ochronę. Mając powyższe na uwadze Organ stwierdził, iż w rozważanym przypadku waga naruszenia prawa nie jest znikoma, co zwalnia Organ od analizy drugiej przesłanki odstąpienia od nałożenia kary pieniężnej, określonej w art. 189f  § 1 pkt 1 kpa, tj. czy strona zaprzestała naruszania prawa.
 
W przedmiotowej sprawie nie zachodzi również okoliczność, o której mowa w art. 189f § 1 pkt 2 kpa, tj. za to samo zachowanie prawomocną decyzją na stronę została uprzednio nałożona administracyjna kara pieniężna przez inny uprawniony organ administracji publicznej lub strona została prawomocnie ukarana za wykroczenie lub wykroczenie skarbowe, lub prawomocnie skazana za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe i uprzednia kara spełnia cele, dla których miałaby być nałożona administracyjna kara pieniężna. Zgodnie z art. 189f § 2 kpa w przypadkach innych niż wymienione w § 1, jeżeli pozwoli to na spełnienie celów, dla których miałaby być nałożona administracyjna kara pieniężna, organ administracji publicznej, w drodze postanowienia, może wyznaczyć stronie termin do przedstawienia dowodów potwierdzających: 1) usunięcie naruszenia prawa lub 2) powiadomienie właściwych podmiotów o stwierdzonym naruszeniu prawa, określając termin i sposób powiadomienia. Zgodnie z § 3 jeżeli strona przedstawiła dowody, potwierdzające wykonanie postanowienia, organ administracji publicznej odstępuje od nałożenia administracyjnej kary pieniężnej i poprzestaje na pouczeniu. W doktrynie wskazuje się, że „podjęcie tego rozstrzygnięcia możliwe jest jedynie wówczas, gdy organ administracji publicznej ustali na podstawie okoliczności konkretnej sprawy, uwzględniając w szczególności właściwości podmiotowe strony, że sam fakt wszczęcia postępowania w sprawie i znalezienia się przez nią w sytuacji realnego zagrożenia nałożeniem i wymierzeniem sankcji doprowadzi do zrealizowania w konkretnym przypadku założonych dla danej sankcji celów.” (zob. S. Gajewski, Kodeks postępowania administracyjnego. Nowe instytucje. Komentarz do rozdziałów 5a, 8a, 14 oraz działów IV i VIIIa KPA, Warszawa 2017). W ocenie Przewodniczącego KRRiT, mając na względzie okoliczności  przedmiotowej sprawy, w tym stanowisko Nadawcy przedstawiane w toku niniejszego postępowania, nie można uznać, aby odstąpienie od nałożenia kary i poprzestanie na pouczeniu pozwoliło na realizację celów, dla których miałaby zostać nałożona kara administracyjna. Organ stwierdził, że do zniechęcenia nadawcy do naruszenia zakazu określonego w art. 18 ust. 1 i 3 ustawy, a więc realizacji funkcji represyjnej, ale także prewencyjnej i dyscyplinującej, niezbędne jest w przedmiotowej sprawie nałożenie określonej w art. 53 ustawy kary pieniężnej. W związku z czym nie można uznać, że istnieją inne okoliczności, które uzasadniałyby odstąpienie od nałożenia kary zgodnie z art. 189f kpa.
 
Wymierzając karę organ uwzględnił przesłanki ustawowe, określone w art. 53 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji, tj. zakres i stopień szkodliwości naruszenia oraz  dotychczasową działalność nadawcy. Należy podkreślić, iż w toku kadencji rozpoczętej 12 września 2016 roku wobec nadawcy programu TVN24 było prowadzonych kilka postępowań wyjaśniających, w tym jedno postępowanie zostało zakończone wydaniem 7 kwietnia 2017 roku decyzji Nr 1/DPz/2017, o której stanowi art. 10 ust. 4 ustawy o radiofonii i telewizji w związku z naruszeniem przez spółkę TVN SA obowiązującego prawa poprzez emisję 11 października 2016 r. o godz. 20:25 audycji pt. (Nie)czyste teoriez cyklu pt. Czarno na białym. Na podstawie decyzji Przewodniczący KRRiT nakazał Spółce TVN SA zaniechanie działań polegających naniedochowaniu należytej rzetelności i staranności przy zbieraniu, wykorzystywaniu materiałów podczas prezentowania problemów objętych tematem audycji. Spółka TVN SA nie wniosła odwołania od decyzji, która stała się prawomocna. W związku z działalnością programową TVN24 Przewodniczący KRRiT skierował również do Spółki TVN SA następujące wezwania na podstawie art. 10 ust. 3 ustawy o radiofonii i telewizji:
·         w sprawie materiału pt. "Majątek na pokaz" nadanego w audycji z cyklu „Czarno na białym" w związku ze skargą Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro;
·         w związku z mylnym przypisaniem w programie TVN24 wypowiedzi  por. Arturowi Wosztylowi w stanowisku KRRiT z 5 października 2016 roku zawarte jest wezwanie do wprowadzenia procedur uściślających zasady przygotowywania i kontroli materiałów przeznaczonych do emisji.
 
Oceniając stopień szkodliwości naruszenia organ wziął pod uwagę, iż dopuszczanie w programach telewizyjnych możliwości propagowania działań sprzecznych z prawem i sprzyjania działaniom zagrażającym bezpieczeństwu, może prowadzić do naruszenia w debacie publicznej uzasadnionego interesu publicznego, a w konsekwencji dostarczać nieprawdziwe informacje. Organ uwzględnił fakt, że program TVN24 dostępny jest wyłącznie drogą satelitarną dla odbiorców, którzy korzystają z odpłatnych pakietów oferowanych przez operatorów telewizji kablowej oraz platform cyfrowych.
 
Wymierzając karę organ uwzględnił dotychczasową działalność nadawcy, a w szczególności, iż nadawca nie dostosował swojej działalności programowej do obowiązującego prawa wskutek wcześniej kierowanych wezwań i decyzji.
 
Należy również przypomnieć, iż w 2008 roku, na mocy decyzji Nr 6/2008 z 16 maja  2008 roku w sprawie ukarania spółki TVN SA karą finansową, została wymierzona kara 471 tys. złotych. W decyzji tej, na podstawie art. 53 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji, karę wymierzono w oparciu o przesłankę 50% rocznej opłaty za prawo do dysponowania częstotliwością przeznaczoną do nadawania programu. Decyzja wydana została w związku z ochroną fundamentalnego dobra społecznego, w tym wypadku symboli narodowych. Ostateczne i prawomocne rozstrzygnięcie, potwierdzające słuszność decyzji Nr 6/2008 z 16 maja  2008 roku nastąpiło 2 lipca 2013 roku w wyroku wydanym przez Sąd Najwyższy.
W obecnym postępowaniu wysokość wymierzonej wówczas kary stanowiła dla Organu jeden z aspektów uwzględnianych przy ustalaniu jej wymiaru.
Kara nakładana w przedmiotowym postępowaniu dotyczy okoliczności znacznie przewyższających uprzednie przesłanki ze względu na rodzaj naruszonego dobra społecznego w postaci poczucia bezpieczeństwa i porządku prawnego. W tym wypadku naruszenie stwarza znacznie większe niebezpieczeństwo ze społecznego punktu widzenia.
 
Organ rozważył także możliwości finansowe nadawcy. Wysokość kary, zgodnie z art. 53 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji, została ustalona w oparciu o przesłankę rocznego przychodu nadawcy, osiągniętego w 2016 r. Kara w wysokości 1 479 000 zł stanowi jeden promil rocznego przychodu Spółki, co w tym przypadku stanowi 1% maksymalnej wysokości kary.
 
 




[1] Cztery niezależne opinie prawne: prof. dr hab. Romualda Kmiecika(R. Kmiecik Opinia prawna na temat konsekwencji wiążących się z zachowaniem posłów blokujących od dnia 16.12.2016r. mównicę i fotel Marszałka oraz salę posiedzeń, a także możliwości działań Marszałka Sejmu w celu przywrócenia porządku na Sali obrad, 3 stycznia 2017);  dr hab. Jarosława Wyrembaka (J. Wyrembak, Opinia w sprawie zachowania grupy posłów w trakcie 33. posiedzenia Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 16 grudnia 2016r. i następujących po nim – oraz możliwości przywrócenia elementarnego porządku prawnego w sali posiedzeń, 3 stycznia 2017); dr hab. Grzegorza Górskiego (G. Górski Analiza prawna dotycząca konsekwencji wiążących się z zachowaniem posłów blokujących od dnia 16 grudnia 2016 r. mównicę i fotel Marszałka oraz salę posiedzeń oraz analiza możliwości postępowania Marszałka Sejmu w celu przywrócenia porządku na sali obrad, 4 stycznia 2017) oraz dr Piotra Chybalskiego (P. Chybalski Opinia prawna w sprawie konsekwencji uniemożliwienia obrad Sejmu przez grupę posłów oraz uprawnień Marszałka Sejmu w zakresie przywracania porządku na sali obrad, 4 stycznia 2017);